Vi.the.q

2009 listopad 10
autor: Kilmore Fisz
Dojrzałem do tego, żeby coś napisać. Fakt- zajęło mi to trochę czasu.
Wiele nie obiecuję. Gdzieś, kiedyś, jakiś czas temu zatraciłem wiarę w swój dar przekazywania myśli, a bez tej wiary nie da się tworzyć dobrych notek.
Wiem, że jedyną osobą czekająca na ten wpis jest Witek. Witkowi w liceum tak dobrze poszło z sekcją żaby, że wymyślił sobie, iż w sieci zostanie studentem piątego roku medycyny. Czemu nie, przecież to dobrze jeśli mamy jasną koncepcję naszego internetowego image. Oczywiście znacznie lepiej oprzeć  ten image na czymś co ma jako takie zaczepienie w rzeczywistości. Wtedy wyglądamy znacznie bardziej autentycznie.
Ale można i tak.

Chciałem odszukać blog,  z którego trafiłem do Witka. Witek lub jak pewnie chciałby żeby go nazywano vi.the.q (czujecie tę ostrość płynącą z nicka) zostawił na nim dwa głupawe komentarze.

Komentujcie u innych, a oni będą komentować u was. Prawda stara jak blogi, i Witek  jej się trzyma.
I bardzo dobrze.
Miałem taki plan żeby napisać dzisiaj o dwóch blogach znajdujących się na przeciwległych końcach blogosfery. Niestety Witek przez niespełna miesiąc działalności blogowej skomentował  blisko 300 wpisów. Odnalezienie właściwego  graniczy z cudem.
Szkoda, bo te dwa blogi doskonale się do tego się nadawały. Oczywiście nie jest to powód, by skakać przez okno. Napiszę o jednym z nich. Bez znaczenia, w końcu oba to blogi niezwykle młode, a pisanie o blogach młodych i tak mija się z celem, bo wiele z nich znika po miesiącu czy dwóch. No cóż, blogowanie nie jest dla każdego. Nie wszyscy zakładający blogi zdają sobie z tego sprawę sprawę, Czasami trzeba pobyć trochę w blogosferze, żeby zrozumieć, że to zwyczajnie nie dla nas. To tak jak z big-brotherem. Nie każdy czułby się dobrze w zamknięciu podglądany przez kamery 24 godziny na dobę. Ale przecież są i tacy którzy sprzedaliby skórę za taką możliwość. Blogowanie ma wiele z big-brothera. Tutaj,  podobnie jak tam wystawiamy się na widok publiczny. Skala oczywiście jest nieporównywalna, ale mechanizm ten sam.
Szkoda gadać. Postawiłem się pod ścianą. Wcale nie mam ochoty na pisanie o Witku.
Ale co zrobić :
- nie chcem, ale muszem

Tak więc:

Witek właśnie zachłysnął się blogopisaniem. Witek szaleje, Witek miota się pomiędzy blogami, Witka wszędzie  pełno. Zostawia dziesiątki komentarzy dziennie i z radością obserwuje jak rośnie mu ilość czytelników.

Czytelnicy Witka są warci dokładnie tyle co Witek, no może nie do końca tyle, frajerzy nabierający się na tak cienkie prowokacje jak te produkowane przez Witka,  są nic nie warci.

Ja,  poza znanymi wyjątkami nie czytam blogów pisanych przez facetów. Biologia  kieruje mnie zdecydowanie w stronę kobiet. Do tego wiem, że od faceta, szczególnie dzielącego się swoimi rozterkami na forum publicznym raczej nie usłyszę niczego, czego jeszcze bym nie wiedział. Tak więc fiutków piszących pamiętniki nie czytam, ani nie komentuję, choć tamten z którego trafiłem do Witka przeczytałem i do tego zainteresował mnie na tyle, że zdecydowałem się sprawdzić, co inni mają na jego temat do powiedzenia. Otóż Witek miał niewiele.

Ale komentarz, który zostawił spełnił swoje zadanie. Pisze że spełnił ponieważ na niego kliknąłem. Wiem, że stawia mnie to w jednym szeregu z naiwniakami którzy u niego komentują, ale trudno- stało się.
Nie mam nic przeciwko prowokacjom. Ale muszą być robione z głową. Zgrabna prowokacja budzi szacunek dla osoby prowokującej. Prowokacje Witka budzą jedynie pusty śmiech.
Witek to typowy produkt naszych czasów. Patrzy na starych pryków jak ja i wydaje mu się, że zdolność do obsługi komputera, synchronizacji go z komórką czy jakimiś tam jeszcze innym elektronicznym ustrojstwem czyni go lepszym, mądrzejszym i lepiej przygotowanym do życia. Wiara ta pozwala mu pisać o rzeczach, czasach lub sprawach, o których nie ma najmniejszego pojęcia.
A tymczasem pisząc o prostytucji wypadałoby odwiedzić przynajmniej jeden burdel, a pisząc o PRL-u oprzeć się na czymś więcej niż tylko wspomnienia z własnego słodkiego dzieciństwa. Ale nie- Wicio jest tak  przekonany o głębi własnych refleksji, że bez zmrużenia oka jest gotowy przelać w blog dowolną bzdurną myśl jaka przyjdzie mu do głowy.

To dobrze kiedy jesteśmy pewni siebie, to dobrze kiedy myślimy że świat należy do nas, ale w chwili w której nasze poczucie wartości ma się nijak do rzeczywistości stajemy się śmieszni.

Witek jest śmieszny. Choć z całą pewnością nie chce taki być. Nie po to wybrał sobie takiego nicka. Kto zresztą chce być śmieszny poza takim klaunem jak ja?
Witek ma ostry nick,  bo takim chce się widzieć. Dlatego prowokuje. Dlatego zostawia setki komentarzy w nadziei, że każdy, kto zajrzy na jego blog znajdzie sobie coś, na co mógłby się oburzyć.
Dlatego Witek dla każdego coś ma.
I:
- dla wierzących – notka o cudach
- dla podeszłych wiekiem – notka o PRL-u
- dla dających dupy – notka o prostytucji
- dla łysiejących – notka o wypadaniu włosów
i tak dalej…
Nie chce mi się pastwić nad Witkiem. Nie chce mi się wytykać braku logiki w jego notkach. Po prostu nie chce mi się tego robić.
Dlatego mimo wszystko poklepie Wicia po pleckach i powiem tak:
- Pisz Wiciu, jak nie masz nic lepszego do roboty… to pisz… absolutnie każdy znajdzie w necie miejsce dla siebie.

Kilgore Trout

2009 październik 23
autor: Kilmore Fisz
Napisałem jakiś czas temu, że jestem rozczarowany blogowaniem. Potem miałem swój dobry moment, a teraz znów jest tak jak wtedy. 
 
Dzisiaj wyprodukuje notkę typowa dla większości produkcji blogowych. To znaczy, że zawrę w niej jakąś treść, a z tej treści nic nie będzie wynikać. Czyli będę udawać, że mam coś do powiedzenia zamiast coś powiedzieć. Żeby wszystko było tak, jak to jest na blogach, wy będziecie musieli udawać, że ją czytacie i że cokolwiek was to obchodzi
 
Zacznę od męskiego klimakterium a skończę na Vonnegucie.
 
Uwaga zaczynam:   
 
Tak sobie myślę, że jeśli zdarzyłoby wam się spotkać kiedyś, przy jakiejś tam okazji, kogoś kto powodziłaby wam, że klimakterium u mężczyzn to fikcja, to spokojnie i bez wyrzutów sumienia możecie sprzedać mu kopa w krocze i poprawić z glana w ryj. A jak już będzie leżał na ziemi w kałuży krwi wijąc się z bólu, to możecie pochylić się nad nim i wywalić mu prosto w twarz:
 
- G-Ó-W-N-O      P-R-A-W-D-A.
 
Jak widzicie temat klimakterium mam już omówiony. Teraz mogę zacząć następne zdanie od nowej linijki.
 
Ludzie generalnie są nudni. Nie inaczej jest z blogami które piszą. 
 
Kiedyś bez przerwy słyszało się historie o porwanych przez UFO. Teraz już ich się nie słyszy. Może to oznaczać, że Obcy po dokładnym przejrzeniu zawartości iluś tam setek ludzkich mózgów doszli do wniosku, że jeśli zna się jednego ziemianina, to zna się ich wszystkich. 
 
Ja czytając blogi dochodzę do takich samych wniosków. Przeczytałeś jeden, przeczytałeś je wszystkie. Owszem różnią się, ale geneza ich powstania jest taka sama, niezależnie od tego, co ich autorzy mają w tej kwestii do powiedzenia. Za tonami słów pozostawianych na serwisach blogowych zawsze kryje się to samo.
 
Nie wiem dokładnie kogo dotyczy ta anegdota, ale spytano kiedyś jakiegoś znawce sztuki, jak odróżnić dobry obraz od złego. Opowiedział tak:
 
- Po obejrzeniu miliona obrazów nie będziesz miał wątpliwości, który jest zły a który dobry.
 
Facet od anegdoty nie wziął pod uwagę jednej rzeczy. Jeśli nie jesteś kimś kto zajmuje się sztuką bardzo poważnie, nie zobaczysz w swoim życiu wielu złych obrazów. Wynika to stąd, że jeśli już jakieś dzieło trafia do większej ilości odbiorców,  to dzieje się tak dlatego, że jest to obraz dobry. Chłamu nikt powielać nie będzie. Czyli to co dociera do przeciętnego człowieka, to produkt przebrany. Jak się można nauczyć odróżniać dobro od zła skoro, ze złem nikt się nie spotyka.
 
Dlatego dzbanek ze słonecznikami pozostanie dzbankiem ze słonecznikami. Owszem będzie wisiał na ścianie co drugiego domu,  ale tylko dlatego, że wszystkim na lewo i prawo powiedziano, że to genialny obraz.  
 
Ten mechanizm nie tyczy się blogów. Tutaj nie ma autorytetów. Nikt nigdy nie przeczyta miliona z nich by powiedzieć wam który jest dobry a który zły. 
 
 
Wchodzisz na blox a tam badziew leży obok badziewia. A to że jedne blogi premiowane są linkiem z głównej strony, a inne znajdują cię na czele różnego rodzaju list nie ma żadnego znaczenia. Jeśli ty sam nie dokonasz selekcji przez dodanie do ulubionych tych najlepszych to nikt tego nie zrobi za Ciebie.   
 
Przez ostatnie osiem miesięcy pisałem tu o wielu różnych rzeczach. Być może dlatego Wam  mój nick kojarzy z zabijaniem niewinnych rybek. Tymczasem nic z tych rzeczy. Mój nick zawdzięczam pewnemu autorowi opowiadań fantastyczno-naukowych które z uporem maniaka publikował jako dodatki do pism pornograficznych. Nazywał się Kilgore Trout.  Ja jedynie staram się od dłuższego już czasu nieudolnie podrabiać jego styl. I wecie co?… Nie idzie mi tak jak bym chciał. Ale jemu też nic nie szło jak chciał.
 
Tak więc jeśli znacie Trouta to znacie i mnie. A jeśli nie, to sobie wugooglajcie, a jeśli wam się nie chce googlać to poczytajcie Vonneguta.
Vonneguta warto czytać niezależnie od wszystkiego.
 

Lechu i blogowanie

2009 październik 20
autor: Kilmore Fisz

W zeszłym tygodniu na stronie głównej bloxa pojawił się link do wywiadu z naszym byłym prezydentem przeprowadzonym przez blogera. Generalnie rzecz biorąc nie klikam na żadne blogi reklamowane na głównej stronie bloxą, wychodząc z założenia że skoro mają tam coś co wymaga reklamy do dlatego, że to szajs. Tym razem jednak odstąpiłem od mojej zasady, w końcu Wałęsa na bogu to nie jest coś, co się zdarza każdego dnia.

Kliknąłem głównie z ciekawości, co to za jeden ten bloger, że Wałęsa zdecydował się udzielić mu wywiadu… W życiu o takim facecie nie słyszałem. W sumie nic w tym dziwnego, przy tej mnogości blogów trudno znać je wszystkie.

Wywiad przez kilka dni był reklamowany na głównej stronie bloxsa, jeśli kliknąłem na niego ja, to prawdopodobnie ilości odwiedzin poszła w kilkadziesiąt tysięcy. Komentarzy jest tam dzisiaj 12. Czyli gdzieś u promila czytających wpis wzbudził refleksje. To dość kiepsko, żeby nie powiedzieć żałośnie. Nie chwaląc się ten blog komentuje dobrze ponad 50% czytających

Tak więc, czytanie zacząłem od komentarzy. Zawsze jeśli wpis jest zbyt długi zaczynam o komentarzy. Komentarz pozwalają się zorientować czy w ogóle warto poświęcać czas na czytanie notki. Wtedy było tam 10 komentarzy z czego trzy to pingbacki wysłane przez autora.

Pozostałe siedem składało się z gratulacji dla Jacka, że sobie cyknoł kilka fotek z Lechem i luźnych uwag typu:

“Lecha Wałęsa to bez wątpienia najszczersza osobistość w nowych mediach”

albo:

“Co do treści wywiadu. Wałęsa prezentuje się jako człowiek otwarty i nowoczesny”

Powiedzmy sobie szczerze, takie komentarze nie zachęcają do przeczytanie notki. Jeśli najważniejszą rzeczą ma być to że wywiad doszedł do skutku, to chyba znaczy tylko tyle, że w samym wywiadzie nie powiedziano kompletnie nic.

Nie ukrywam długość notki zniechęcała do czytania. Dlatego na początek przeczytałem pytania. Pytania jak pytania, na pewno poprawne polityczne, no cóż na inne pewnie by Lechu nie opowiedział. Czyli nic co zainteresowało by wszystkich tych dla których blogi są alternatywą dla mediów klasycznych. Zero o cyberseksie, profilu Lecha na zbiornik.com czy jego czatowych potyczkach . Tak jak nie wiedziałem jak często Lechu zagląda na terapie tak i dalej nie wiem

W sumie nawet mógłbym nie czytać całości. Jak każdy Lecha znam na tyle, że mniej więcej wiem, co na każde z tych pytań może odpowiedzieć. Mimo to przeczytałem, ale tylko po to żeby nie wyjść na jełka pisząc ta notkę.

I tutaj pojawia się pytanie po co w ogóle taki wywiad. Moim zdaniem takie wywiady wyrządzają krzywdę blogosferze. Powiedzmy, że jestem kimś kto po raz pierwszy jest na stronie głównej bloksa a o blogach słyszał tyle co nic. Klikam na link reklamowy ze zdjęciem Lecha bo jestem ciekaw czym to te blogi się je… no iwychodzę z ałożenia że skoro link jest na stronie głównej to coś sobą reprezentuje…  a tu kompletne rozczarowanie… bo wszystko co znajduję to…

NUDA… NUDA…. NUDA…

Pytanie po co w ogóle taki wywiad jest oczywiście czysto retoryczne. Wiadomo przecież, że jego jedynym celem jest promocja osoby blogera przeprowadzającego wywiad. W sumie nic nowego, po to blogi są. Jedyna różnica polega na tym że kolega Gadzinowski robi to na plecach Lecha. Miłe jest to że intuicyjnie komentujący zdają sobie z tego sprawę gratulując tego co w tym wszystkim najważniejsze… czyli dopchania się do Lecha.

(***)

2009 październik 15
autor: Kilmore Fisz

Dawno nic nie pisałem. Tak dawno, że zapomniałem już jaka to przyjemność. No cóż, tak się składa, że… by pisanie miało jakikolwiek sens, piszący musi mieć coś do powiedzenia.

Ja od jakiegoś czasu nie mam nic.

Siedzę sobie tu dzisiaj i stawiam palce na klawiaturze. Nie powiem, czynność sama w sobie dość odprężająca, tyle… że nie dająca żadnej satysfakcji. Ta może pojawić się tylko wtedy, gdy coś z tego stawiania palców na klawiaturze wyniknie.

Tak więc jestem tu dzisiaj tylko i wyłącznie z Waszego powodu.

Wciąż tu zaglądacie, a to sprawia wrażenie jakbyście na coś czekali.

Nie wiem na co, wiem tylko że ja tego czegoś Wam nie dam

Nie obsmaruję dupy komuś kogo znacie, nie wystąpię z klejoną teorią na temat blogowania.

Nie mam pojęcia o czym chcielibyście czytać. Ani nie wiem o czym ja chciałbym pisać.

Trudno wyobrazić sobie sytuację bardziej niekomfortową.

Niby co jakiś czas powtarzam sobie, że piszę tylko i wyłącznie dla siebie i jedynie ku własnej przyjemności, ale tak naprawdę to kłamstwo. Piszę, bo czytacie. Pisanie samo w sobie nie miałoby dla mnie sensu.

Wiem, kilka razy próbowałem wam wmówić, że jest dokładnie odwrotnie.

To tyle.

Skończę już.
Bo skoro w pierwszym zdaniu napisałem, że nie mam nic do powiedzenia, to nie mogę teraz wywalić notki na 500 słów. Choć nie ukrywam,  że już samo patrzenie na klawiaturę otwiera jakieś klapki w mózgu.

Ja i moi czytelnicy

2009 październik 1
autor: Kilmore Fisz
Kiedyś,  kiedy pierworodny chciał wyrządzić krzywdę swoim rodzicom, a nie miał dość determinacji żeby zostać gejem, oznajmiał im że będzie artystą, a  czy można sobie wyobrazić coś wspanialszego niż dar tworzenia rzeczy ponadczasowych?
Kilka lat temu sprzątając piwnicę w domu mojej babci znalazłem coś co wyglądało jak pudło tapet, które  po rozwinięciu okazały wyciętymi z blejtramów  zrolowanymi obrazami. W miarę rozwijania wyschnięta farba wraz z gruntem zsypywała się z nich, pozwalając się jedynie domyślać co na nich było.
Zawsze myślałem że jedyny obraz namalowany przez mojego tatę,  a przedstawiający pogrążone w mroku łodzie zacumowane przy mazurskiej przystani wisiał na łóżkiem w sypialni mojej babci. Uważałem go za rodzaj fanaberii, czy też chwilowego kaprysu,  pod wpływem którego mój tak twardo chodzący po ziemi ojciec go namalował.
 Nie miałem pojęcia,  że malowanie było jego pasją. 
 
Z całą pewnością nie przedstawiały sobą żadnej wartości. Inaczej Tata nie  obszedłby się z nimi w sposób tak brutalny.
Tata owszem, operował całkiem nieźle światłocieniem, oraz  miał pewien dar rysowniczy, przejawiający (jak się wtedy okazało) nie tylko w  rysowaniu zgrabnych karykuratur na marginesach czytanych przez niego pism z krzyżówkami,  ale to z pewnością za mało by jego malowanie zasługiwało na jakąkolwiek uwagę ogółu. 
Mimo to nazwałbym je obrazami ponadczasowymi, a to ze względu na stan w jakim tata znajdował się kiedy je tworzył. Wiem to, bo czuję się dokładnie tak samo kiedy piszę. Kiedy piszę nie ma mnie tutaj. Na ten krótki czas kiedy siedzę nad klawiaturą przenoszę się gdzieś indziej. Czy dzieło powstałe poza czasem nie zasługuje na to by nazwać je ponadczsowym? 
 
Problem polega na tym, że ten specjalny stan w jakim znajduje się piszący, malujący, rzeźbiący czy w jakikolwiek inny sposób wyrażający się twórca w żaden sposób nie gwarantuje jakości tego co tworzy.
To boli mnie najbardziej i z tego właśnie powodu nigdy nie czytam moich starych notek. Bo wiem, że wtedy zrezygnowałbym z pisania, a  dla mnie pisanie, to przede wszystkim ten właśnie stan. 
 
To również jest powód dla którego moje notki żyją tylko jeden dzień.
 
Ile to już razy widziałem adnotacje na blogach typu:
 
- Piszę,  by za kilka lat znów tu zajrzeć i zobaczyć jak wiele się we mnie zmieniło.
 
Czy coś w tym stylu.
 
Potem czytam taki blog i myślę sobie:
 
- Chyba zajrzeć, żeby strzelić sobie w łeb przeczytaniu tej malizny jaką tu stworzyłeś, drogi autorze.
 
Tak więc nigdy nie wracam do tego co napisałem. Pisanie nie ma dla mnie żadnej wartości terapeutycznej, to znaczy nie miałoby, gdyby nie czytelnicy. Mimo, że wszystko co oni mogą, to utwierdzić was w złudzeniach jakimi żyjecie. 
 
Nie wierzycie?
 
Idźcie  i podzielcie się z jakimś autorem szczer refleksją i niech ta refleksja nie będzie łatwa do zaakceptowania dla piszącego.
 
Usłyszycie pewnie coś takiego:
 
- Co ty możesz o mnie wiedzieć.
 
A potem na innym blogu napiszcie coś miłego dla ucha autora.
 
No cóż słuchamy tylko to, czego chcemy słuchać.
 
Dlatego zapomnijcie,  co piszą wasi czytelnicy przecież i tak im nie wierzycie. Przyjrzyjcie się kim są i dlaczego wracają na wasz blog.
Wyobrażałem sobie tę notkę trochę inaczej, to znaczy miałem zamiar napisać o czytelnikach jakiegoś innego bloga, ale ponieważ nikogo nie znam tak dobrze jak moich własnych czytelników, więc napiszę o nich. I nie mam na myśli was, czyli tych co czytają ten blog, bo czasy kiedy studiowaniu statystyk odwiedzin poświęcałem więcej uwagi niż pisaniu dawno już minęły.  Mówię o czytelnikach moich starych blogów, tych które można by nazwać pamiętnikami.
 
Teraz opowiem wam o nich…
 
Z moich czytelników wyłonię grupę reprezentatywną. Będą to same kobiety, choć mężczyzn było dwóch. O pierwszym wiem tyle co nic, natomiast drugi bywał u mnie  ze względu na swoją wirtualną kochankę, która często i gęsto u mnie komentowała,  a o którą jak myślę był zazdrosny.
 Tak więc moja grupa reprezentatywna przedstawiała się tak:
 
1. Blogerka A – Pani sklepowa lat 41
2. Blogerka B – Samotna matka lat 28
3. Blogerka C – Porzucona – lat 32
 
Wszystkie panie pisały blogi.
Pisanie najgorzej szło pani sklepowej. Jej blog to był prawdziwy disaster. Zlepek słów,  z którego ciężko było wyłowić jakikolwiek sens. Pani sklepowa podawała się za kierowniczkę, choć w rzeczywistości pracowała w kasie. Nie miała lekkiego życia. Mąż,  który nie stronił od alkoholu prał ją po gębie, a jak pani była naprana, to piła wódkę, a kiedy była pijana to dzwoniła do mnie. Uprawialiśmy seks telefoniczny i mówiliśmy sobie jak jest nam fajnie. Otóż żadnemu z nas nie było fajnie. 
 
W przeciwieństwie do Pani sklepowej, samotna matka miała coś, co można by nazwać darem pisania. Mała krucha delikatna istota w wielkim zimnym świecie, jakże spragniona ciepła i miłości. Dawałem jej tę miłość, za pośrednictwem maili. Było super do dnia,  w którym zdecydowała się wysłać mi swoje zdjęcie. Ogromna biała orka leżała na kanapie w pozie niedbałej, a jej monstrualne cyce wylewały się jej z dłoni. Krucha istotka ważyła jakieś 300 kg,  a jej twarz łagodnie przechodziła w tułów. Z jakichś powodów nie wspomniała nigdy o swojej tuszy na blogu. Choć ona tłumaczyłaby w tak prosty sposób jej alienację. 
 
Pani C zasypywała mnie zbliżeniami swojej starannie wygolonej dziurki. Jej ciało,  którego prawie nie było składało się z dwóch zapadniętych pośladków i wielkiej zioniącej pustką czarnej otchłani. Wkładała w nią różne przedmioty,  których wybór pozostawiała mojej fantazji. Nigdy nie poznałem jej twarzy. Było nam dobrze do dnia w którym skończyła mi się lista rzeczy jakie chciałbym w niej zobaczyć. Myślę, że  był to też dzień w którym zrozumiałem, jak bardzo musi nie lubić swojego ciała i jak bardzo nie lubię go ja. Zamilkłem pozostawiając jej ostatni mail bez odpowiedzi,  a ona jakby wiedząc dlaczego, nie odezwała się do mnie nigdy więcej.
 
Oto ja i moje czytelniczki gdyby nie one, nie wiedziałbym tego wszystkiego co wiem dzisiaj.   
 
- A jak to się ma do tego wszystko co wtedy pisałem?
 
- Ni-jak. 
 
 

Ty i twoi czytelnicy

2009 wrzesień 24
autor: Kilmore Fisz

Czy wiecie, że dwa tygodnie temu ruszyła liga NFL. Moja ulubiona drużyna w swoim drugim meczu przegrała z NY Jets 16-9. Ale póki co nie jest źle, jak na razie jej rekord to jedna wygrana i jedna porażka. Obchodzi to kogoś, wiem że nie… i tak właśnie powinno być.

Generalnie rzecz biorąc przedostania notka miła być ostatnią dotykającą tematów blogowych. Flanelka, która jakiś czas temu zadeklarowała, że nie będzie tu pisać i w międzyczasie tak jakby zmieniła decyzje i to jeśli się nie mylę dwa razy, miała nadać nowy kierunek temu blogowi. Jak widać do tej pory nic takiego się nie stało. Nie mniej ciągle na nią liczę.

Żeby blog nie ział pustką przez następny tydzień zostanę jeszcze przez chwilę w tematyce blogowej.

Swego czasu napisałem że obrastanie bloga czytelnikami to zjawisko mechaniczne.
I tak właśnie jest. Ty piszesz bloga i chcesz, żeby ktoś Cię czytał a oni w tym samym czasie krążą po necie szukając blogów pod które mogliby się podczepić. Czyli dopełniacie się w sposób doskonały.

Wygląda to mniej więcej tak:

 

blog

Czytelnik ma do wyboru wiele blogów, więc to oczywiste, że jeśli staje się stałym czytelnikiem jednych, a na inne po jednorazowej wizycie nigdy nie wraca, nie jest to dziełem przypadku.

Moje teoria jest taka, że patrząc na swoich czytelników możecie wiele dowiedzieć się o sobie.

Nie jest łatwo poznać ich wszystkich. Każdy blog posiada czytelników którzy z najróżniejszych powodów nigdy nie zostawiają komentarzy. Wielka szkoda, bo z moich obserwacji wynika, że to właśnie oni są nam najwierniejsi, prawdopodobnie też oni stanowili by najlepszy materiał badawczy.

No i oczywiście trzeba pamiętać jeszcze o jednej rzeczy. Nie zawsze czytelnicy wybierają nas, równie często to my wybieramy ich. Ale tych czytelników również nie dobieramy na zasadzie przypadku. Najprostszym sposobem na wybór czytelnika jest pozostawianie kilku ciepłych komci na jego blogu. Z całą pewnością odurzony naszym zainteresowaniem zainteresuje się nami.

W swojej ostatniej notce Proces nazwał blog narzędziem do poznania siebie. Myślę, że się myli, moim zdaniem znacznie więcej dowiemy się o sobie przyglądając się naszym czytelnikom.

To tyle tytułem wstępu.

W następnym odcinku przejdę do konkretów.

Chamstwo w necie

2009 wrzesień 16
autor: Kilmore Fisz

Dzisiejsza notka, a właściwie nocia, jeśli patrzeć na jej długość, będzie odpowiedzią na komentarze pod poprzednią notką . Nie lubię tasiemcowych komci, dlatego wypowiem się w formie wpisu.

Pisząc o chamstwie w sieci powinienem podać jego definicję, ale podobnie jak Procesowi byłoby mi bardzo trudno taką definicję sprecyzować.
Mniej więcej czuję co to mogłoby być, ale werbalizacja tego, a tym bardziej polemika na ten temat, przekracza moje możliwości.

Jednego jestem pewien, chamstwo w sieci to nie to samo co chamstwo w realu. Na przykład bezpośrednia propozycja złożona przedstawicielowi płci przeciwnej w realu jednoznacznie uznawana za chamską, w necie jest jak najbardziej na miejscu i nierzadko bywa początkiem długiej i ciekawej znajomości.

Myślę, że Flanelka napisała, co napisała, ponieważ uważa się za ofiarę chamstwa. Nie wydaje mi się żeby tak było. Chamstwo jest szczere, płynie z serca. Flanelka padła ofiarą intryg i urojeń zrodzonych w chorych głowach, to nie ma nic wspólnego z chamstwem.

Chamstwo to pewnie pojemne pojęcie. Ja rozumiem przez nie bezpośredniość nie liczącą się z konsekwencjami. Wydaje mi się, żee to właśnie to z czym walczą Ci wszyscy od znaczków i zaprowadzania porządku w necie. Tymczasem chamstwo w internecie to wszystko co uczciwe i szczere. Innymi słowy chamstwo to jedna rzecz, a łobuzerka to coś, co z chamstwem nie ma nic wspólnego i oczywiście wszystko to odnosi się jedynie do internetu.

Prawda boli, a jak kogoś boli to zaraz krzyczy, że to chamstwo.

Czy Proces jest chamem? Nie ukrywam, że kiedyś tak myślałem. Teraz myślę, że to typowy ciumkacz. Ciumkacz z tych ciumkających inaczej.

Posłowie

2009 wrzesień 15
autor: Kilmore Fisz

Fakt, obiecałem jeszcze dwie części w tym cyklu. Ale wiecie co… daruję sobie. Napiszę tylko, że tak jak podejrzewał hlb, teoria przedstawiania historii za pomocą krzywych jest autorstwa Kurta Vonneguta. Przez ostatnie kilka miesięcy czytałem wyłącznie jego książki. Dzisiaj jadąc metrem skończyłem ostatnią z nich. To dzięki niemu ten blog wygląda tak jak wygląda.

Moja ostatnia rada?

Pielęgnujcie chamstwo w blogosferze. Brakuje go. Kiedy czytam blogi to chce mi się srać tymi wszystkimi słodko pierdzącymi komciami.

Dostałeś komcia… Oddaj komcia. No matter what.

Tylko dzięki chamstwu to całe blogopisanie jeszcze trwa. Inaczej wszyscy już dawno zasraliby się lukrem na śmierć. To właśnie chamstwo wnosi tu jakąś odrobinę prawdziwego życia.

Gdybym tylko miał w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia, to poobcinałbym palce wszystkim zakłamanym pindom z tym durnym znaczkiem na blogu.

Popieram Internet Bez Chamstwa

 

To tyle.

Nie wiem co będę robił dalej. Nie sądzę, żebym pisał o innych blogach…

Bo wyobraźcie sobie, że wysiadacie z metra na stacji Centrum,  udajecie się w kierunku ruchomych schodów i tymi schodami wyjeżdżacie na górę, by następnie przejść pasażem pod skrzyżowaniem Alei Jerozolimskich i ulicy Marszałkowskiej i wyjść przy Rotundzie. Macie do pokonania jakiś 400 metrów. Na tym krótkim odcinku, jeśli jest to powiedzmy godzina piąta po południu, spotkacie pewnie jakieś 5000 osób.

Czy przyjdzie wam do głowy spytanie każdej z nich, kim jest, co robi i co ostatnio stało się w jej życiu dobrego lub złego i przekazanie tego dalej?

No,  nie wydaje mi się.

Otóż moja działalność tutaj to nic innego jak taki właśnie spacer.

Nikt już pewnie nie pamięta, co napisałem w notce numer jeden tego bloga. A napisałem, że najważniejsze to znaleźć niszę dla siebie. Napisałem tak, ponieważ wydawało mi się, że właśnie taką niszę znalazłem. Powiem wam tyle-to co mnie się wydaje, to naprawdę pikuś w porównaniu do tego, co wydaje się innym piszącym.

A… i jeszcze jedno. Czytajcie Vonneguta… warto.

Jak pisać dobry blog (part six).

2009 wrzesień 11
autor: Kilmore Fisz

Żeby nie trzymać was dłużej w niepewności od razu przejdę do rzeczy i napiszę tak:

Kiedy zacząłem pisać ten cykl,  a było to już dobre kilka tygodni temu, miałem dla was jedną radę, zamykała  się ona w dwóch słowach:

Badzcie szczerzy

Jak widzicie przygotowałem ją w formie estetycznej nalepki,  gotowej do przyczepienia magnesem na lodówce. Patrzylibyście na nią codziennie rano sięgając po mleko do porannej kawy i z automatu wasze blogi stawałyby się lepsze.

I tak przez kilka tygodni żyłem sobie w słodkim przeświadczeniu że “coś” dla was mam, zanim zrozumiałem jak beznadziejny był mój pomysł na dobrego bloga.

Bo co to znaczy być szczerym? To znaczy pisać, to co się myśli i w co wierzy. Tylko jak to się ma do opowiadania historii prawdziwej. No cóż… ma się nijak.

W mojej naiwności założyłem, że Ty mój czytelniku jesteś osobnikiem zrównoważonym psychicznie, z właściwym dla dystansem do siebie i innych. A przecież tak niekoniecznie musi być. Powiem więcej- jeśli tak się złożyło,  że czujesz w sobie potrzeba podzielenia się ze światem swoimi najskrytszymi sekretami to bardzo możliwe, że masz potężny problem. Nie mówię oczywiście że go masz, mówię tylko że istnieje taka możliwość, bo w praktyce możliwości są trzy:

1. Zakładasz maskę i z pełną premedytacją wciskasz czytelnikowi kit na temat swojego życia

2. Starasz się być do bólu szczery, jesteś święcie przekonany, że wykładasz się czytelnikowi na tacy, a w rzeczywistości wszystko co piszesz to jedynie projekcje, fałsz, i paranoje nie mające żadnego oparcia w realu.

3. Jesteś szczery,  a Twoja historia jest tak prawdziwa, jak prawdziwa może być tylko szczera prawda.

Moim zdaniem, największa ilość blogów będącymi rodzajem internetowych pamiętników to te z grupy drugiej. Nie wiem czy można stworzyć model charakterologiczny typowego pisacza blogów, ale jeśli tak to prawdopodobnie najwięcej jego cech pochodziłoby od twórców z grupy drugiej.

Kiedy czytam blogi mam wrażenie że 99,9% procent historii tu opowiedzianych to kompletna fikcja. One nigdy nie będą dobrymi blogami. Oczywiście nie chodzi o to, że nie będą miały swojej publiczności. Jasne, że ją znajdą, obrastanie bloga stałymi czytelnikami to zjawisko mechaniczne. W zależności od waszej aktywności netowej będzie ich więcej lub mniej, ale z całą pewnością nawet najgorszy blog będzie ich mieć.

Tak to jakoś jest, że piszący świadomie lub nieświadomie  zakładają różne maski, zupełnie tak jakby bez nich nie byli w stanie nic powiedzieć. Może nawet piszą tylko i wyłącznie po to, by zaistnieć jako ktoś inny. Nie wiem czy to sposób na dowartościowanie, czy może też ucieczka przed tym co na co ,dzień. Wypaczają swoje historie czyniąc je iluzją istniejącą jedynie w ich głowach, a na projekcje i fantazje mogą pozwolić sobie jedynie prawdziwi literaci. Mam nadzieje, że rozumiesz mój drogi czytelniku, że prawdopodobieństwo, iż  to właśnie Ty jesteś wybitnym literatem jest raczej zerowe, tych szukać w blogosferze ze świecą

Pospolitym pisaczom, takim jak ja, nie pozostaje nic innego jak skulić głowę i opowiadać historię prawdziwą, ona obroni się sama, bez względy na to czy mamy dar do opowiadania czy nie.

Kiedy czytam na przykład komentarz polityczny, to przede wszystkim chcę wiedzieć co się stało, jakie będą konsekwencje i czy to dobrze, czy źle . Mam gdzieś lęki i uprzedzenia komentatora prawicowego, lewicowego czy jakiegokolwiek innego. Podobnie jest z blogami, nie interesuje mnie co piszący myśli o samym sobie, ja chcę wiedzieć jaki jest naprawdę.

Bo blogopisanie jest jak Big Brother. Ci co czytają chcą przy pomocy wirtualnej rzeczywistości wejść w rzeczywistość realną, chcą wiedzieć, o naprawdę się w niej dzieje.

Więc dajcie im to. Odrzyjcie wasze historie z upiększeń i ozdobników, wyciągnijcie je takie jakimi są. Wiem, że nie wszystkim z Was to się uda, bo albo to wszystko co przesłania waszą historię, co jest jedynie zbędną nadbudową, dla was będzie jej integralną częścią, albo też nie jesteście w stanie opowiedzieć jej w sposób uczciwy, bo nie potraficie zmierzyć się rzeczywistością.

Tak więc moja rada dziś brzmi:

Bądźcie  szczerzy – jeśli potraficie. A jeśli nie, to też się nie przejmujcie, blogosfera to naprawdę piękne miejsce, bez żadnych konsekwencji można tu napisać każdą bzdurę

Tak więc bądźcie szczerzy,  piszcie o tym co w Was… o czymkolwiek piszecie bądźcie szczerzy lub… starajcie się być.

Pewnie myślicie że to już koniec… otóż nie, czekają was jeszcze conajmniej dwie części.

Jak pisać dobry blog (part five)

2009 wrzesień 3
autor: Kilmore Fisz

Jestem zmęczony, stary i chory. Dlatego jakiś czas temu zaproponowałem Flanelce, żeby znów zaczęła tu pisać.
Jakby na sprawę nie patrzeć, ten blog czuł się znacznie lepiej, kiedy byliśmy tu razem.

Flanelka przyjęła moją propozycję. To dobrze. Redakcja może znów zacznie tętnić jakimś życiem.

Póki co, mam dla was kolejną notkę z cyklu “Jak pisać dobry blog”. Prawdę powiedziawszy jestem nią trochę rozczarowany, jeśli czytaliście pierwszą z notek w tej serii to pewnie pamiętacie ,że obiecałem “dać wam wszystko co mam”.

Otóż okazało się,  że mam znacznie mniej niż myślałem. Może nie powinienem wam obiecywać cokolwiek.

Tak czy inaczej… Dzisiaj czas na część piątą… Wiem,  że tym co teraz powiem będziecie nieco rozczarowani, ale część piąta jest jedynie wstępem do części szóstej…

Zrekompensuję Wam to pewną nowością. *Otóż przed pewnymi zdaniami tej części postawię gwiazdki. Dlaczego to zrobię, wyjaśnię wam w części szóstej lub siódmej. Jak widzicie już postawiłem pierwszą z nich.

To tyle.. teraz czas na notkę:

Zakładam, że skoro już się tu znaleźliście, to nie stało się to przypadkiem. Jeśli jeszcze nie piszecie własnego bloga, to prawdopodobnie macie przynajmniej zamiar takowy założyć. *Dlatego nie mam zamiaru udzielać wam rad podobnych do tych jakich rodzice udzielają swoim dzieciom jadącym po raz pierwszy na samodzielne wakacje, kiedy to biorą ich na bok i mówią to wszystko  to co  ich synowie czy córki już od wielu lat wiedzą. *To sytuacja niezwykle krępująca dla obu stron.

Dlatego zaoszczędzę wam durnych zaleceń typu:

- przeczytaj zanim opublikujesz.

albo

- To, co zostało napisane bez większego wysiłku,
czyta się bez większej przyjemności.

Takie rady znajdziecie w setkach miejsc. Ja zakładam że umiejętność składania zdań posiedliście jeszcze w szkole podstawowej, że lubicie pisać i że pisanie nie sprawia wam specjalnego kłopotu . Zresztą, moim zdaniem w przypadku blogów, warsztat to rzecz kompletnie drugorzędna. Nie to jest tu ważne.

Zdarzają się wyjątki, ale przeważnie jeśli ktoś czuje potrzebę publikacji swych myśli, to wynika to z tego, że jakieś predyspozycje w tym kierunku ma. Nie trzeba być wybitnym literatem, żeby pisać dobrego bloga. Wystarczy nie odstawać specjalnie od przeciętnej. Kiedyś (mam na myśli czasy kiedy kobiety nie brały jeszcze prysznica przed każdym stosunkiem płciowym) wszystko było proste. *Ludzie żyli w małych grupkach po 20 – 30 osób. *Każdy był obdarzonym jakimś tam talentem i mógł czuć się z tego powodu dobrze. *Jedni rzucali dzidą dalej niż inni, drudzy wykonywali rysunki na ścianach jaskiń lepsze niż pozostali. *Każdy mógł sobie łatwo znaleźć dziedzinę w której mógł  czuć się mistrzem. *Dzisiaj, żeby być najlepszym trzeba konkurować z elitą. *Żeby być najlepszym trzeba pokonać mistrza świata. Blogi to moim zdaniem jedna z tych ostatnich dziedzin, gdzie funkcjonuje jeszcze stary,  dobrze przetestowany przez naturę porządek rzeczy, którego powszechna globalizacja i szybkość przepływu informacji nie zdołały jeszcze zepsuć.

Czytelnik jest w stanie podążać za 10-ma  może 20-ma  bogami. Są to przeważnie blogi osób, które jednocześnie  czytają się wzajemnie. Dzięki temu zjawisku powstają setki mini społeczności blogowych. Być najlepszym w małej grupie jest znacznie prościej niż zdobyć mistrzostwo świata. A efekt jest ten sam. Pełne samozadowolenie i błogie poczucie własnej wyjątkowości.

Domyślam się,  czego spodziewacie się po tym mini- cyklu i dlatego nie wykluczam że być może będziecie wręcz rozczarowani rewelacjami jakie mam tu zamiar przed wami ujawnić. Liczę się z tym,  że po lekturze następnego wpisu nie doznacie nagłego oświecenia. Ale obiecuje wam, że jeśli tylko uznacie za stosowne mnie posłuchać, to bez wątpienia w waszej małej grupce będziecie autorami najlepszego bloga…