Przeskocz do treści

Notka informacyjna numer 17

17/05/2013

Redakcja osiągnęła stan w jakim czuje się zobligowania do napisania tu kolejnej notki.

Otóż bardzo nie lubimy takiego stanu. Przywykliśmy nie liczyć się z potrzebami naszych czytelników i nie mamy zamiaru tego zmieniać.

Nie zbawiamy świata, nie liczymy na to by ktokolwiek kupił nasze mądrości . Nie wydaje nam się, by świat mógł stać się lepszy, z powodu wątpliwej jakości prawd, jakie od czasu do czasu zdarza nam się tu objawiać.  Nie mniej są  takie chwile kiedy wydaje mam się, że docieramy do setna. Widzimy  je, czujemy, niemalże możemy  nazwać i wtedy owszem, moglibyśmy coś napisać.

Niestety wtedy też na ogół  dzieje się coś co sprawia, że znów jestem tam gdzie zawsze. Bezpieczni, nietykalni, zimni i dalecy  jak Obłok Magiellana.

Obłok  Magiellana wygląda tak:

Oblok

I stąd szanse na kolejne notki tutaj, są raczej mizerne.

Choć oczywiście nigdy, nie mówimy nigdy.

Moja szuflada

04/02/2013


Szuflada

W tym roku również blog “Moja Szuflada” bierze udział w konkursie na Blog Roku.

Notka osobista numer 34

28/12/2012

Dobre malarstwo zawsze wywoływało we mnie pewien szczególny rodzaj uniesienia…

Dzieło Mistrza Pędzla

…I mam tu na myśli coś znacznie więcej, niż to, co zazwyczaj niesie ze sobą klasyczna erekcja.

Notka życzeniowa numer 31112

05/11/2012

Spóźnione, aczkolwiek niezwykle serdeczne życzenia, zarówno wszystkim martwym, jak i żywym blogerom, z okazji wyjątkowego święta.

Składa redakcja.

Wstęp do “Ojca Leona”. Part II

24/02/2012

Zanim napiszę o blogu Ojca Leona,  opowiem wam historię której będę głównym bohaterem. No cóż, blogerzy uwielbiają pisać o sobie.

Zacznę od tego, że nie jestem katolikiem. Mało tego. Na skutek niesamowitego zbiegu okoliczności nie jestem nawet ochrzczony.

Wiem, ciężko w to uwierzyć, ale jednak zdarzają się tacy.  W sumie to jest ich nawet całkiem sporo. Jakieś 4,5 miliarda.

Owe 4,5 miliarda podobnie jak ja  nigdy nie dozna łaski wiecznego zbawienia. Stanie się tak tylko dlatego, że mieli nieszczęście urodzić się akurat w miejscu, gdzie  o Jezusie albo nikt nie słyszał, albo był on tak mało popularny, że nikomu nie przyszło do głowy, że znajomość z nim można zamienić na jakąkolwiek wymierną korzyść

Tak więc ludzie ci skazani są na wieczne potępienie  i nie nie ma znaczenia, że przez całe życie będą ciężko i uczciwie pracować, potem  założą rodziny żeby wychować szczęśliwe dzieci, a na starość otoczą opieką umierających rodziców. Piekło przeznaczone jest właśnie dla nich. Bo albo wierzą w fałszywych bogów, albo nigdy nie słyszeli o tym prawdziwym. Trochę mi ich szkoda, ale widocznie tak musi być.

Prawdę powiedziawszy,  to ja jestem w jeszcze gorszej sytuacji. Ja gdybym naprawdę chciał, mógłbym doznać łaski wiecznego zbawienia. To już jest naprawdę poważne wykroczenie.

A tak niewiele brakowało.

Zaczęło się od tego, że nasz kot, który wtedy robił na etacie dziecka, został zdiagnozowany jako nosiciel kociej leukemii. Oznaczało to, że nigdy nie będziemy mogli wywieźć go z kraju, w którym wtedy mieszkaliśmy. Stanowiło to istotny problem dla mojej żony, która bardzo tęskniła za swoimi rodzicami.

Jakiś czas później, podczas rutynowej wizyty u weterynarza, żona usłyszała  o nowym teście na kocią leukemię. Nowe testy były bardziej dokładne. Skuteczność starych wynosiła 95%, a tych nowych 99.5%.  Niewielka różnica, ale zawsze.

Następnego dnia żona kazała zawieść się do świętej groty Matki jakiejś tam. Na miejscu kupiliśmy od zakonnika wielką gromnicę i ustawiliśmy ją w grocie pośród setek jej podobnych pozostawionych przez innych, którzy również mieli swój interes do Boga.

Żona nie chciała ot tak, po prostu,  prosić Wszechmogącego o spełnienie jeszcze jednego życzenia.

Zaproponowała mu więc przejrzysty interes:

- Boże ty sprawiasz, że nowy test nie wykaże leukemii, a ja w zamian ochrzczę mojego męża.

Kilka dni później kot został poddany powtórnemu testowi, który nie wykrył wirusa.

A ja tydzień później udałem się na pierwsze spotkanie kółka parafialnego. Nie ukrywam, było strasznie miło. Jako jedyny kandydat na przyszłego katolika natychmiast stałem się oczkiem w głowie wszystkich parafian. Niestety okazało się, że czasy kiedy brało się delikwenta za łeb, przystawiało mu nóż do gardła i dawało prosty wybór:

- Albo wypełniasz serce miłością do Pana, albo rżniemy- minęły bezpowrotnie.

Ksiądz przygotował dla mnie specjalny grafik, miałem brać udział w spotkaniach z wiernymi, być na iluś tam mszach, udzielać się społecznie i robić masę różnych rzeczy, których z całą pewnością pierwsi chrześcianie nie musieli robić. Tak, noworodki  mają znacznie prościej, chlapie je się wodą  i po krzyku, dorosły musi udowodnić, że faktycznie kocha Boga.

Tak więc mój grafik nie pozostawiał mi czasu praktycznie na nic, poza snem i pracą.  Nie pamiętam w ilu spotkaniach z parafianami uczestniczyłem. Pamiętam, że było naprawdę miło. Zawsze ktoś kolejny z listy przynosił placek z jabłkami, ktoś inny ciasteczka i jeszcze ktoś przygotowywał dwa wielkie termosy kawy. Można powiedzieć, że wszystko było na dobrej drodze bym mógł cieszyć się wiecznym zbawieniem kiedy stało się coś, co pokrzyżowało plany mojej żony. Dostałem ofertę pracy,  na którą czekałem już od bardzo dawna. Praca ta miała odmienić nasze życie i tak też się stało. Niestety,  kolidowała ona z moim grafikiem. Bóg wypełnił swoją część umowy, ja niestety nie.

Siedem lat później naszpikowaliśmy kota środkami uspokajającymi i 11 godzin później moja żona znów mogła widywać się ze swoimi rodzicami kiedy tylko miała na to ochotę.

Minęło kolejne osiem lat.  Z kocem na kolanach siedziałem na kanapie w salonie. W koc zawinięty był kot.  Głaskałem go między uszkami i wyobrażałem sobie, że wtedy boli go mniej. Nie pamiętam czy najpierw umarł, a potem wylazł z niego wielki balast gówna, czy też stało się to odwrotnie. Pamiętam jego wielkie oczy, na  bardzo już wychudzonej mordce. Zamknąłem je, tak jak robi to się w przypadku ludzi.
Miał 16 lat,  kiedy zmarł na białaczkę. Jak na kota to całkiem niezły wiek.

Zakopaliśmy go na tyłach naszego domu, który wtedy był wciąż w trakcie budowy, pomiędzy starymi sosnami, w miejscu na które mogę patrzeć zawsze gdy siedzę na werandzie popijając merlota.

No i co? No i nic…

…ale to dopiero połowa mojej historii.

Wstęp do “Ojca Leona”

22/02/2012

Bardzo wzruszył nas komentarz “pani kasi” pod poprzednią notką. Tak, zdarzają się nam  notki inspirowane komentarzami

Dlatego napiszę teraz coś, co zauważył już Jezus:

Życie jest tak ciężkie, że większość ludzi albo jest albo czuje się przegrana.

Stąd, jeśli chcemy zachować odrobinę godności, najważniejsza dla prawie nas wszystkich jest umiejętność przegrywania z honorem. Według mnie tego własnie nauczał Jezus,  gdy go ukrzyżowano, niezależnie od tego czy sam był synem Bożym, czy nie. Zresztą jeśli nie był, to ani jako pierwszy ani jako ostatni człowiek nauczał tego własnym przykładem, cierpiąc niewysłowione męki.

Tak więc przegrywanie z honorem nie jest proste. Jeśli ktoś tego nie potrafi,  to wszystko co mu się należy to guzik z pętelką.

Guzik z pętelką wygląda tak:

Z wygrywaniem jest zresztą podobnie, też trzeba umieć to robić z honorem. Mówię tu o komentarzu jednej z laureatek, która napisała że tak jak jej konkurencja, to ona pisała w szkole średniej. Z jednej strony słusznie- jeśli czujemy się dobrze po otrzymaniu trzech nagród, to czemu nie mielibyśmy poczuć się jeszcze lepiej wbijając szpilę w tyłek kogoś, kto jest dla nas zupełnie obcym człowiekiem. Przecież i tak dzięki naszemu blogasiowi jesteśmy znani jako osoba wypełniona empatią po czubek nosa. Z drugiej- ugryzienie się czasami w język, nic nie kosztuje.

Wspominam o Jezusie, bo o tym co zrobił i kim był słyszał każdy, więc łatwo się do niego odwoływać.

Niestety tak się składa,  że  Jezus, blogopisanie i konkurs na bloga roku, kojarzy mi się przede wszystkim z Ojcem Leonem.
Wiem, miałem nie pisać o o jego blogu. Tyle, że ja też nie potrafię ugryźć się w język.

Szykuje się więc strasznie długa notka. Ci,  co są ze mną dłużej niż od tegorocznego konkursu, znają mój stosunek do długich notek.

Długich notek nikt nie czyta. Takie czasy, wiecznie się gdzieś spieszymy i wiecznie nie mamy na nic czasu.  Dlatego tak często dzielę  je na kilka części.

I to była część pierwsza.

Notka informacyjna numer 88

17/02/2012

Nie ukrywamy,  że Redakcja jest co nieco rozczarowana wynikami konkursu na bloga roku.

 

Podoba nam się idea konkursu, niestety po raz kolejny jego finał pozostawił nam po sobie spory niesmak.

 

Tak, jesteśmy zawiedzeni.

 

Zdajemy sobie sprawę, że istnienie konkursu z jednej strony przyczynia się do popularyzacji blogopisania.  Z drugiej jednak,  mamy takie wrażenie, że ktoś  kto powiedzmy nie śledził konkursu, a jedynie z ciekawości zerknie sobie na nagrodzone blogi, nie nabierze chęci do tego, żeby samemu zostać blogerem po ich lekturze.

 

Szczególnie nie podoba nam się to, że jury konkursu w tak oględny sposób uzasadnia swoje wybory. Można by podjąć minimum wysiłku, żeby przekonać tych,  co nie do końca zgadzają się z wynikami konkursu, a nie zbywać ich ogólnikami, które można powiedzieć o prawie każdym blogu. W końcu konkursy po to są. Ktoś wygrywa, ktoś przegrywa, a publiczność wie dlaczego. Jeśli lubimy jakiś blog to dla konkretnego powodu, jeśli  on nam się nie podoba, to również nie dzieje się to bez przyczyny.

 

Mamy zamiar wypełnić lukę pozostawioną przez nieroztropne jury.

 

Tym bardziej, że powody dla których niektóre blogi zostały nagrodzone brzmią co najmniej absurdalnie.

 

Na przykład Kasia Tusk dostała nagrodę “za otwartość i partnerskie relacje z czytelnikami, pomimo bycia osobą publiczną”. Oczywiście, że każdy powód jest dobry, żeby nagrodzić Kasię Tusk, ale czy należy przez to rozumieć, że osoby publiczne z natury rzeczy są zamknięte w sobie i wszystkich traktują z buta i jeśli któraś tego nie robi, to jest to sytuacja tak wyjątkowa, że należy ją za to nagrodzić? A jeśli taki sobie zwyczajny bloger ma dobre relacje z czytelnikami? To co? To wtedy już to się nie liczy, bo nie jest osobą publiczną?

 

Tak więc teraz,  kiedy minęły już emocje,  usiądziemy sobie wygodnie  i bez specjalnego pośpiechu, w chwilach kiedy będziemy mieli na to czas, poświęcimy kilka notek blogom które wzięły udział w farsie zwaną konkursem na bloga roku 2011.

 

Taki mamy plan.

 

Nie pierwszy i nie ostatni.

 

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 44 other followers