Przeskocz do treści

Koniec i Pocztek (part three)

07/10/2013

Dwuosobowe Państwo, czyli zakończenie:

W poprzedniej notce wspomniałem o maleńkim dwuosobowym państwie jakie 25 lat temu utworzyliśmy razem z eN. No cóż, nie nazwałem go tak przypadkiem. Jest ono naprawdę strasznie małe.

Jest ono tak małe, że zabrakło w nim nawet miejsca dla naszego jedynego dziecka.

Nie powiem wam, że to moja wina, choć oczywiście niewykluczone, że tak właśnie jest.

***

Problem polega na tym że w przeciwieństwie do mojego brata i do eN nie potrafię troszczyć się o innych.

Nie potrafię też troszczyć się o  siebie. To dlatego, że nie jestem nikomu potrzebny. Na szczęście cała  troskę o mnie, na swoje barki wzięła eN. Pewnie chodzi o to, że wydaje się jej, że to ona mnie do czegoś potrzebuje. To rzecz jasna, nieprawda. W charakter eN jest wpisana potrzeba opieki nad każdą niedołężną istotą zamieszkującą tę planetę, jaka pojawi się w zasięgu jej wzroku.

30 lat tam jej wzrok padł na mnie.

Teraz  leżę na kanapie razem ze ślepym kotem i mruczymy sobie, kiedy eN robi nam dobrze.

***

Nie wiem, może właśnie w tym tkwi setno:

Nie potrafię troszczyć się o innych, bo nie są mi do niczego potrzebni.

***

Myślę, że to ze względu na koniec. W jego obliczu nic nie jest istotne.

***

PS.

Koniec wygląda tak:

 

 

To absolutnie najprostszy rysunek jaki udalo mi się popełnić na tym blogu. Nie zużyłem na niego nawet miligrama tuszu.

Fajnie?

Nie?

Koniec i początek (part two)

07/06/2013

Łzy, czyli rozwinięcia ciąg dalszy:

Tatę widziałem płaczącego raz. Było to w dniu kiedy razem z eN zdecydowaliśmy się utworzyć nasze własne maleńkie dwuosobowe państwo. Pan o szarej twarzy podał nam na wyświeconej poduszce dwie obrączki przetopione ze złota po obrączce ślubnej mojego dziadka i wizerunku Matki Boskiej należącej do mojej teściowej.

Ja powiedziałem:

- Tak,

A tata wyjętą z kieszeni marynarki chusteczką obtarł łzy które nagle pojawiły się w kącikach jego oczach.

Amen.

Ja, jak dotąd płakałem raz, było to w chwili kiedy rozpoczęła się historia życia mojego syna. I jak się zapewne domyślcie jej początek, był jednocześnie jej końcem.

Pani pielęgniarka podając mi dziwnie wyglądające nożyce i spytała:

- Chce pan przeciąć pępowinę?

Powiedziałem, że tak.

Pępowina, nie licząc długości, przypomina szyjkę kurczaka, lub ewentualnie nasze najgorsze koszmary nocne dotyczące tasiemców.

Choć dla ułatwienia miejsce cięcia było oznaczone dwoma kolorowymi klipsam,  wcale nie było to łatwe zadanie.

Kiedy skończyłem, pielęgniarka spytała:

- Czy pan płacze?

Odkręciłem głowę w drugą stronę i powiedziałem, że nie.

Było to oczywiście wierutne kłamstwo.

Ale na to nic nie poradzę, mówienie prawdy nigdy nie było moją mocną stroną.

Jeśli chodzi o łzy, to wyglądają tak:

Lza

Nic więcej, jak jeden, z widocznych gołym okiem, rezultatów zero-jedynkowych reakcji elektro-chemicznych zachodzących w naszych pięciu kilogramach gąbki nasiąkniętej krwią.

 

Koniec i Początek (part one)

24/05/2013

Wstęp:

Blog to taka forma gdzie początek zawsze jest na końcu. Super, niech będzie.   Choć z drugiej strony Czy myśleliście kiedyś o seksie zaczynanym od wytrysku?

Nie?

A tak się składa, że w pewnym wieku to norma.

Rozwinięcie:

Nikt nie lubi oglądać filmów, czy czytać książek od tyłu. Choć bez wątpienia są i tacy którzy w jakimś punkcje czytanej historii  nie potrafi się oprzeć, by  nie zajrzeć na jej koniec.

A przecież koniec  znamy wszyscy . Bo koniec jest  zawsze jest ten sam. Nieodwaraclnie wpisany w początek. Można powiedzieć, że wszystkie historie kończą się w tym samym momencie, w którym się zaczynają.

Powiem tak:

Równe pół wieku temu mój tata stał na krawężniku ulicy Żelaznej w Warszawie i z zadartą w górę głową wypatrywał się w okna  znajdującej się tam do dziś kliniki położniczej. I wtedy przez jedno z nich  wyleciała  gazeta. Na pierwszej stronie tuż nad tytułem pielęgniarka na prośbę mamy napisała:

To chłopiec.

Tata podniósł gazetę ,przeczytał, cisnął nią w górę i z rozłożonym ramionami ruszył w tany na środku ulicy Żelaznej.   Potem poszedł balować  ze swoim starszym bratem. W tamtych czasach, kiedy kobiety rodzące były izolowane od świata zewnętrznego jak chorzy na dżumę, przez następne dwa dni nie było nikogo kto zmył by mu głowę, za to, że się źle prowadzi.

Taki był początek mojej historii. I jednocześnie jej koniec.

Nie znam początku historii mojego taty. Choć oczywiście znam jej koniec.

Na jedno wychodzi.

Tata obudził się o 4.30 rano, było duszno i parnie, takie wyjątkowo nieprzyjemne lato. Wyszedł na balkon, żeby zapalić. Usiadł na stojącym tam taborecie. Z paczki Caro wyjął jednego papierosa. Nigdy nie włożył go ust. Pociemniało mu w oczach i stracił poczucie pionu. Chciał jeszcze wstać, zacisnął dłoń na barierce balkonu. Niepotrzebnie.

Moja mama obudziła się dwie godziny później.

Tak więc historia mojego taty trwała 65 lat. A moja wciąż jeszcze trwa. Chcecie poznać jej koniec? Bez sensu. Przecie już go znacie.

Bez względu na to w co wierzymy i kogo bierzemy za sprawcę tego całego ruchu planet kręcących się w nieskończoność wokół siebie, koniec zawsze jest w wpisany w początek każdej historii.

***

W niecałe pięć lat później, dokładnie 16 maja  1968 roku staliśmy razem z tatą dokładnie w tym samym miejscu ulicy żelaznej. Patrzyłem tam gdzie patrzył tata i nic nie widziałem. Wtedy Tata podniósł mnie i wskazując w jedno z okien i powiedział:

-  Widzisz… tam… to twój braciszek.

Przysięgam, patrzyłem i nie widziałem nic. Nic poza majowym słońcem odbijającym się na czerwono w szybach okien.

To był początek i koniec historii mojego brata.

Co u niego?

Nie wiem, nie rozmawiamy od 20 lat.

***

Nie rozmawiamy, bo brakuje mi pewnej istotnej rzeczy jaką posiada mój brat.

Rzeczą to jest wiara w zmarwychwstanie Jezusa Chrystusa.

Tak, biorę winę na siebie. Ale to chyba oczywiste, że niewiele można by w tej sprawie zrobić.

W końcu chodzi o samego Jezusa Chrystusa.

Po latach dowiedziałam się że mój brat cierpiał na chorobę sierocą. Myślę,  że z tego właśnie powodu tak mocno potrzebował kogoś kto by go pokochał.  W jego przypadku padło na Jezusa Chrystusa.

A w moim na eN.

Czy moja miłość uczyniła ją szczęśliwą? Raczej nie. Na szczęście  z Jezusem Chrystusem jest  dokładnie odwrotnie. Tak przynajmniej twierdzi mój brat.

Nie wiem skąd u mojego brata wzięła się choroba sieroca. Moim zdaniem żyliśmy w perfekcyjnie normalnym dwuosobowym państwie tworzonym przez naszych rodziców.  Mieliśmy wszystko czego nam było trzeba, łącznie z kolorowym telewizorem Rubin, wakacjami na morzem Bałtyckim i budowaniem grajdołków na wietrznej plaży.

Jeśli chodzi o te grajdołki to tata był mistrzem, nikt takich nie kopał, mógłby spokojnie robić za koparkę w kopalni odkrywkowej.

Nie, nie miałem pojęcia o chorobie sierocej mojego brata. Myślałem, że to wszystko co się z nim działo, jest jak najbardziej normalne. Dopiero eN zwróciła mi uwagę na pewne oczywiste fakty.

Inna sprawa, że trudno było by mi policzyć te wszystkie rzeczy na które eN otworzyła mi  oczy. Bez niej do dziś byłbym ślepcem obijającym się o ściany.

Notka informacyjna numer 17

17/05/2013

Redakcja osiągnęła stan w jakim czuje się zobligowania do napisania tu kolejnej notki.

Otóż bardzo nie lubimy takiego stanu. Przywykliśmy nie liczyć się z potrzebami naszych czytelników i nie mamy zamiaru tego zmieniać.

Nie zbawiamy świata, nie liczymy na to by ktokolwiek kupił nasze mądrości . Nie wydaje nam się, by świat mógł stać się lepszy, z powodu wątpliwej jakości prawd, jakie od czasu do czasu zdarza nam się tu objawiać.  Nie mniej są  takie chwile kiedy wydaje mam się, że docieramy do setna. Widzimy  je, czujemy, niemalże możemy  nazwać i wtedy owszem, moglibyśmy coś napisać.

Niestety wtedy też na ogół  dzieje się coś co sprawia, że znów jestem tam gdzie zawsze. Bezpieczni, nietykalni, zimni i dalecy  jak Obłok Magiellana.

Obłok  Magiellana wygląda tak:

Oblok

I stąd szanse na kolejne notki tutaj, są raczej mizerne.

Choć oczywiście nigdy, nie mówimy nigdy.

Moja szuflada

04/02/2013


Szuflada

W tym roku również blog “Moja Szuflada” bierze udział w konkursie na Blog Roku.

Notka osobista numer 34

28/12/2012

Dobre malarstwo zawsze wywoływało we mnie pewien szczególny rodzaj uniesienia…

Dzieło Mistrza Pędzla

…I mam tu na myśli coś znacznie więcej, niż to, co zazwyczaj niesie ze sobą klasyczna erekcja.

Notka życzeniowa numer 31112

05/11/2012

Spóźnione, aczkolwiek niezwykle serdeczne życzenia, zarówno wszystkim martwym, jak i żywym blogerom, z okazji wyjątkowego święta.

Składa redakcja.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 39 other followers