Skip to content

Kawałek Mniszkówny i dwie Mniszki

31/01/2009
by

 

 
Trzeba się wziąć do czarnej roboty, przysiąść fałdów, i takie tam inne. Szef dziś wraca z relaksującego pobytu na Se(lf)szelach. Liczę na dobry nastrój, może głowę zachowam.
Skoro ostatnimi czasy sporo się mówi o literaturze blogowej, pójdźmy i my w tym kierunku – jako ta Saba bezwolna, co nie powinna iść tą drogą.
Zastanawiałam się już kilka razy, cóż to takiego może być owa literatura blogowa. Nadal termin wydaje mi się być paradoksem. Może nawet – by pozostać w kamiennym kręgu dziedziny – oksymoronem. Z jednej strony wszystko, co tworzone w formie pisemnej, można by upchnąć do pojemnej szuflady literackiej. Paraliterackiej – co najmniej. Z drugiej strony, gdyby najlepsze nawet teksty blogowe zderzyć z przeciętnymi dziełami literackimi, mogłoby się okazać, że nie ma co zbierać.
Na początek, konsekwentnie i upierdliwie ukłonię się do stóp pani Defendo, która znów sama sobie wbiła gola z impetem tanecznych pląsów pięciokilogramowego młota, zabierając mi całą frajdę z planowych działań. Niemniej ona kocha samobójstwa na równi z płonięciem na stosach. Stos zresztą też rozpaliła, o czym będzie niżej – mówiłam, że wystarczy poczekać chwilę, by go dostrzegła w słowach wszystkich nicków, które śmią się nie zgodzić z jej „obiektywnymi opiniami”. Sentyment do samobójstw ma też Flanelka, ale lubi inne środki. O niej nieco dalej.
Droga Defendo raczyła nas uraczyć kilka dni temu zderzeniem tekstów Cornelli z tymi popełnionymi przez niejaką Mniszkównę. Poleciała po linii najmniejszego oporu, o ile nie okazała się nawet nadprzewodnikiem, który skłonności do opierania się natężeniu (myślowemu) nie wykazuje żadnych. Myślenie bezbolesne niekoniecznie jest równoznaczne z łatwością myślenia, choć często bywa z tą właśnie mylone. Napięcie w tym przypadku przypomina jedynie to zwane z angielska PMS. Wystarczyło odczekać trzy marne doby i co widzimy? Tekst autorki jako żywo nastawiony na wywoływanie wrażenia na „wrażliwych” gospodyniach domowych. Nawet nie Mniszkówna – zwyczajny Sz jak Szajs. W odpowiedzi ochy! i achy! Wszystko zgodnie z założeniem. Założeniem zasłony dymnej na wcześniejszy brodzik z szambem. Można by w tym miejscu rozpisać się na pojedyncze wersy i frazy, zwłaszcza na tle prześmiesznego zestawienia pseudokrytyki słów Cornelli z tym… hm… czymś, ale nie warto. Natomiast powinno się zauważyć, że pani Defendo dopuściła się tym na szybko zmajstrowanym gniotem skrytobójstwa na każdym, kogo udziałem jest podobna w treści życiowej sytuacja. Na zimno skroiła wyciskacz łez. Cebulowych łez. Żenada.
Tym większa po ostatnim tekście, który jest wątami o to, co Defendo robi chętnie, ale już jej zrobionego przetrawić nie może. Mój szef nazwałby to wprost: zesrała się bida i płacze.
Niby miało być cyniczne podsumowanie, a wyszło jak zawsze. Przyciężko. Droga nasza Gosiu z urwanym Mał… Skoro Tobie wolno oceniać i krytykować teksty czyjeś, rozkładając je na cytowane wersy, to i nam wolno Twoje. Jeśli masz z tym problem, to cóż – TY masz. My mamy jedynie sporo uciechy. Wierz mi, że zlikwidowanie Twej twórczości nikomu się nie śni nawet. Schowaj sobie w buty zarówno za-stos-owaną fatamorganę, jak i zapałki do jej podpalania. Z czego byśmy tak serdecznie się ubawili co i rusz? Nie rób nam tego, o bogini nasza!
Podpisano: kilka wyraźnych nicków i parę rozmazanych parafek.
Resztę „literatury” blogowej Defendo skutecznie przepuszcza przez niszczarkę Jokker. Polecam, jak mało co. Zero egzaltacji, zero kompleksów, zero litości. Gdybym nie była zakochana we własnym szefie, z miejsca zaprosiłabym jokkerowe pióro do nasiąknięcia moim atramentem w jakimś ustronnym kałamarzu. Że też polecę Mniszkówną na koniec.
Jeśli o końcach mowa, wróćmy do Flanelki. Kolejny raz nam jęczy, że umiera. Może to globus? Jedno jest pewne, pisać będzie nadal. W przypadku takich egzemplarzy to nieuleczalny nałóg. Flanelka swoje pisanie traktuje niemal jak kochanków. Gdyby nie nerwica natręctw, jakiej przypisuję ciągłe rzucanie kolejnych i ujeżdżanie nowych, moglibyśmy do tej pory przeczytać całkiem niezłe studium furii przemieszanej z komizmem sytuacyjnym rodem z włoskich familijnych sprzeczek, sporo średniej erotyki, szczyptę ogólników i zwierzenia z kozetki psychoanalityka. Jedno przyznać trzeba, namiętności kobicinie nie brak w żyłach. Flanelka sama nie wie, czy pisze dobrze, czy źle. Rośnie w sobie, gdy ją chwalą. Trzaska drzwiami, gdy ją krytykują. No to ja jej dla odmiany nie wyręczę i nie powiem jasno, jak co oceniam. Napiszę natomiast w tym miejscu, że pewnie zamknie blog, gdy przeczyta ten tekst. Wtedy na pewno nie zamknie. Przekorna jest skubana. Ostatnio postawiła na wklejanie samej flanelowej poezji. Z jednej strony dobre posunięcie, bo grozi jej tylko wyśmianie grafomańskich zapędów. Z drugiej – zachowawcze wycofanie się z tekstów dosadnie krytykujących określone jednostki i sytuacje uważam za czytelną oznakę starzenia się. Cóż, niektóre kobiety starzeją się ciulowato. Progres w używaniu słownictwa języka polskiego w szerszej perspektywie – nie tylko tego fiołkowego – zrównoważył regres w ilości form stosowanych do wypieku blogowych bułeczek. Szkoda. Kwas i sól jest potrzebna na równi ze słodyczą i pieprzem. Bez tego, to nawet drożdżowiec nie urośnie, co dopiero kawał chuja (cytat z cytowanej), czy poczytność. Może sama się skrzywi i obudzi?
Skoro o słodyczy, to na koniec skoczmy na blox’owe podwórko. Do pani Zapisanej. Ona-Sama pisze intrygująco. Bynajmniej nie chodzi o warsztat. Więc o co? Pisze niby z dystansem, a jednak podtytuł jej bloga trafia w sedno – czytając niektóre myśli odnosisz wrażenie, że dokonują się właśnie ćwiczenia z pamięci. Twojej pamięci. Odstrasza nieco atmosfera zamkniętego kółka różańcowego czy też wzajemnej adoracji (proszę sobie wybrać). Takie małe czatowanie na ekranie. Niesmaczą litry słodyczy lejącej się każdym porem.
Ona-Sama ma podobne zapędy do bycia Mniszką, co Flanelka, choć realizuje je nieco inaczej. Jeśli nawet pozwala sobie na skrytykowanie czegoś, co się wydarzyło w znanych jej dzielnicach blogosfery, to robi to między słowami lub zbytnio moralizując. Stara się często zestawić obraną przez siebie pozycję z okopami walczących. Pokazuje na przykład, że mądrzejszy wybiera dystans. Inaczej. Gorzej. Gdyby pokazywała, to jeszcze pół biedy. Ona-Sama   m ó w i   chętnie o tym, że ona wybiera dystans, który jest najlepszą możliwą do obrania pozycją. Efekt? Ja jestem ta mądra, mówię że milczę, na dokładkę potwierdzam to cytatem. Nie tędy droga, droga Ona. Usprawiedliwianie niechęci do stawania po czyjejkolwiek stronie jest przekonywaniem samej siebie. Publicznym. Szkodzi blogowi, który bez tego jest kawałkiem całkiem niezłego tekstowiska. Milczenie nie potrzebuje egzaltacji. Nie ma w pakiecie suflera. Z drugiej strony – odwaga nie boli, choć nie nagarnia miłości komentowanych i komentujących w progi blogera. Coś za coś. Albo sztuczna słodycz, albo łyżka dziegciu w beczce miodu.
Więcej odwagi, dziewczyny! Słowa się nie pogniewają. Przeciwnie. Słowa wolą być wyraziste i dawać dupy, niż ulegle skrywać myśli w pauzach. Te ostatnie winny wieńczyć dzieło, nie je zastępować.
Mowa była o dziegciu, więc kłaniam się w pas. I zmieniam beczkę. Albo przynajmniej okno. Na to z szybą. Śnieg spadł, wiecie?

Advertisements
2 komentarzy leave one →
  1. 31/01/2009 3:10 pm

    Koniec wieńczy dzieło. Powinnam zatem zmilczeć;)

    Ostatnie akapit podobał mi się najbardziej.U mnie też śnieg za oknem, wiesz?Ba! I wiatr, co szczypie w policzki..

Trackbacks

  1. Palce lizać, paznokcie obgryzać! « kultura szamana

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: