Skip to content

Największa Tragedia Narodowa Współczesnej Polski – part two

12/04/2010

W sobotę 10 kwietnia 2010 roku obudził mnie budzik dzwoniący w sypialni mojego dziecka. Było to dokładnie o godzinie 8:10. Wciąż leżąc w łóżku, starałem uzmysłowić sobie gdzie jestem, skąd się wziąłem i co powinienem teraz zrobić.  Znalezienie odpowiedzi na wszystkie te pytania zajęło mi chwilę. Potem wstałem. Może nie byłem już pijany, ale po przyjrzeniu się sobie w lustrze wiszącym nad umywalką doszedłem do wniosku, że trzeźwym również nie mogę się nazwać.

Obmyłem twarz i poszedłem do kuchni. Z lodówki wyjąłem jogurt którym nakarmiłem wciąż śpiące dziecko. Potem Przyniosłem mu lekarstwa których nie powinien zapomnieć wziąć. Dopilnowałem żeby je połknął i kazałem wstać.

Potem poszedłem do pokoju i włączyłem telewizor. Przygotowałem dziecku miskę płatków i położyłem się na kanapie.

O godzinie 8:40 moje dziecko powiedziało, że już idzie. Ja powiedziałem, żeby zapiął kurtkę i uważał na światłach kiedy będzie przechodził przez ulicę.

Dziecko wyszło, a mnie przypomniało się, że obudziłem się dzisiaj z erekcją. Poranna erekcja to w moim wieku zjawisko coraz rzadsze. Pomyślałem, że należałoby jakoś wykorzystać ten fakt, tym bardziej, że żona wciąż śpi.
Wytrysk był silny i obfity. Obfite wytryski to w moim wieku również zjawisko  niezbyt częste.

Była godzina 9:05. Na lotnisku w Smoleńsku paliły się szczątki rozbitego samolotu.

Wstałem zaparzyłem  kawę i zrobiłem sobie kanapkę z szynką. W telewizji aktor przebrany za psa ciosami karate bezwładniał kolejnego przeciwnika.

Żona przebudziła się na chwilę i powiedziała, że pada deszcz i że powinienem pojechać odebrać dziecko z zajęć. Była godzina 9:30. Ponieważ aktor przebrany za pasa pokonał już wszystkich złych bohaterów, wyłączyłem telewizor

Piętnaście minut później wsiadłem do samochodu. W radiu pani spiker łamiącym się głosem mówiła o wielkiej katastrofie.

Ulica gdzie zawsze parkuje była rozkopana i zamknięta. Byłem spóźniony, moje dziecko skończyło już zajęcia, a ja wciąż szukałem miejsca do parkowania. Wiedziałem, że  jeśli się z nim minę, żona zatruje mnie w kamień. Samochód bezczelnie zostawiłem w zatoczce przystanku autobusowego. Ludzie czkający pod wiatą, zazwyczaj stojący osobno, skupili się w grupie i wymieniali zasłyszane informacje. Matka pchająca wózek informowała kogoś przez telefon komórkowy o śmierci prezydenta.

Zobaczyłem go z daleka. Szedł z kolegą,  z którym pożegnał się, jak tylko mnie spostrzegł. Nie przyznaje się do ojca, pomyślałem.

– Słyszałeś, prezydent nie żyje
– Naprawdę?… Zawieziesz mnie do domu
– Po to przyszedłem.

Kiedy wróciliśmy żona jeszcze spała. Położyłem się na kanapie i włączyłem telewizor, na wszystkich kanałach nadawali to samo. Dziecko zalogowało się na skajpa, uruchomiło WoWa i z dwójką przyjaciół ruszyło na podbój obcych krain.

Ja resztę dnia spędziłem przed telewizorem.

Reklamy
2 komentarze leave one →
  1. wodasuczaju permalink
    13/04/2010 8:04 pm

    No i nie odmówię sobie, żeby nie napisać- a nie mówiłem.
    Już się zaczyna…pochówek na Wawelu…teraz Ci, którzy się nawrócili i zaczęli dostrzegać w Prezydencie zalety skrywane przed nimi przez całą kadencję, dopiero go znienawidzą

  2. 14/04/2010 10:44 am

    Albo i nie… na fali współczucia wszystko jest możliwe. Ja tam na wszeliki wypadek przygotowuje się już mentalnie do „reelekcji” Jarosława.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: