Skip to content

Wstęp do „Ojca Leona”. Part II

24/02/2012

Zanim napiszę o blogu Ojca Leona,  opowiem wam historię której będę głównym bohaterem. No cóż, blogerzy uwielbiają pisać o sobie.

Zacznę od tego, że nie jestem katolikiem. Mało tego. Na skutek niesamowitego zbiegu okoliczności nie jestem nawet ochrzczony.

Wiem, ciężko w to uwierzyć, ale jednak zdarzają się tacy.  W sumie to jest ich nawet całkiem sporo. Jakieś 4,5 miliarda.

Owe 4,5 miliarda podobnie jak ja  nigdy nie dozna łaski wiecznego zbawienia. Stanie się tak tylko dlatego, że mieli nieszczęście urodzić się akurat w miejscu, gdzie  o Jezusie albo nikt nie słyszał, albo był on tak mało popularny, że nikomu nie przyszło do głowy, że znajomość z nim można zamienić na jakąkolwiek wymierną korzyść

Tak więc ludzie ci skazani są na wieczne potępienie  i nie nie ma znaczenia, że przez całe życie będą ciężko i uczciwie pracować, potem  założą rodziny żeby wychować szczęśliwe dzieci, a na starość otoczą opieką umierających rodziców. Piekło przeznaczone jest właśnie dla nich. Bo albo wierzą w fałszywych bogów, albo nigdy nie słyszeli o tym prawdziwym. Trochę mi ich szkoda, ale widocznie tak musi być.

Prawdę powiedziawszy,  to ja jestem w jeszcze gorszej sytuacji. Ja gdybym naprawdę chciał, mógłbym doznać łaski wiecznego zbawienia. To już jest naprawdę poważne wykroczenie.

A tak niewiele brakowało.

Zaczęło się od tego, że nasz kot, który wtedy robił na etacie dziecka, został zdiagnozowany jako nosiciel kociej leukemii. Oznaczało to, że nigdy nie będziemy mogli wywieźć go z kraju, w którym wtedy mieszkaliśmy. Stanowiło to istotny problem dla mojej żony, która bardzo tęskniła za swoimi rodzicami.

Jakiś czas później, podczas rutynowej wizyty u weterynarza, żona usłyszała  o nowym teście na kocią leukemię. Nowe testy były bardziej dokładne. Skuteczność starych wynosiła 95%, a tych nowych 99.5%.  Niewielka różnica, ale zawsze.

Następnego dnia żona kazała zawieść się do świętej groty Matki jakiejś tam. Na miejscu kupiliśmy od zakonnika wielką gromnicę i ustawiliśmy ją w grocie pośród setek jej podobnych pozostawionych przez innych, którzy również mieli swój interes do Boga.

Żona nie chciała ot tak, po prostu,  prosić Wszechmogącego o spełnienie jeszcze jednego życzenia.

Zaproponowała mu więc przejrzysty interes:

– Boże ty sprawiasz, że nowy test nie wykaże leukemii, a ja w zamian ochrzczę mojego męża.

Kilka dni później kot został poddany powtórnemu testowi, który nie wykrył wirusa.

A ja tydzień później udałem się na pierwsze spotkanie kółka parafialnego. Nie ukrywam, było strasznie miło. Jako jedyny kandydat na przyszłego katolika natychmiast stałem się oczkiem w głowie wszystkich parafian. Niestety okazało się, że czasy kiedy brało się delikwenta za łeb, przystawiało mu nóż do gardła i dawało prosty wybór:

– Albo wypełniasz serce miłością do Pana, albo rżniemy- minęły bezpowrotnie.

Ksiądz przygotował dla mnie specjalny grafik, miałem brać udział w spotkaniach z wiernymi, być na iluś tam mszach, udzielać się społecznie i robić masę różnych rzeczy, których z całą pewnością pierwsi chrześcianie nie musieli robić. Tak, noworodki  mają znacznie prościej, chlapie je się wodą  i po krzyku, dorosły musi udowodnić, że faktycznie kocha Boga.

Tak więc mój grafik nie pozostawiał mi czasu praktycznie na nic, poza snem i pracą.  Nie pamiętam w ilu spotkaniach z parafianami uczestniczyłem. Pamiętam, że było naprawdę miło. Zawsze ktoś kolejny z listy przynosił placek z jabłkami, ktoś inny ciasteczka i jeszcze ktoś przygotowywał dwa wielkie termosy kawy. Można powiedzieć, że wszystko było na dobrej drodze bym mógł cieszyć się wiecznym zbawieniem kiedy stało się coś, co pokrzyżowało plany mojej żony. Dostałem ofertę pracy,  na którą czekałem już od bardzo dawna. Praca ta miała odmienić nasze życie i tak też się stało. Niestety,  kolidowała ona z moim grafikiem. Bóg wypełnił swoją część umowy, ja niestety nie.

Siedem lat później naszpikowaliśmy kota środkami uspokajającymi i 11 godzin później moja żona znów mogła widywać się ze swoimi rodzicami kiedy tylko miała na to ochotę.

Minęło kolejne osiem lat.  Z kocem na kolanach siedziałem na kanapie w salonie. W koc zawinięty był kot.  Głaskałem go między uszkami i wyobrażałem sobie, że wtedy boli go mniej. Nie pamiętam czy najpierw umarł, a potem wylazł z niego wielki balast gówna, czy też stało się to odwrotnie. Pamiętam jego wielkie oczy, na  bardzo już wychudzonej mordce. Zamknąłem je, tak jak robi to się w przypadku ludzi.
Miał 16 lat,  kiedy zmarł na białaczkę. Jak na kota to całkiem niezły wiek.

Zakopaliśmy go na tyłach naszego domu, który wtedy był wciąż w trakcie budowy, pomiędzy starymi sosnami, w miejscu na które mogę patrzeć zawsze gdy siedzę na werandzie popijając merlota.

No i co? No i nic…

…ale to dopiero połowa mojej historii.

Reklamy
10 komentarzy leave one →
  1. 24/02/2012 5:20 pm

    Miał piękne kocie życie, no i koc, zacnie :*

  2. Anonim permalink
    24/02/2012 11:58 pm

    Nie po to Pan Bóg obdarzył istotę ludzką wolną wolą , żeby decydować się teraz na jakieś układy, w dodatku z kotem w roli zakładnika. Z niewolnika nie ma pracownika, tym bardziej w winnicy Pańskiej. To był chyba niezbyt przemyślany ruch, wtedy w grocie. Myślę , że wyzdrowienie kotka było raczej dziełem przypadku. Swoją drogą bardzo współczuję, dosłownie dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia zamknęła na wieki swoje oczy moja sunia. Po trzynastu latach, dość długo jak na boksera. Może teraz gdzieś hasa po psich łąkach niebieskich , a w tle T. Chyła śpiewa „Sen psa”.

    Wierzyć się nie chce, że tak ulgowo potraktował pan blog Ojca Leona we wpisie nr.2.

    Joanna

  3. 25/02/2012 1:17 am

    przysłowie mawia ‚pan bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy’. i twardowski w końcu oberwał, wszakże od demona, ale umowa, to umowa. więc się chłopie pilnuj! ;]

  4. rodini permalink
    02/03/2012 10:08 am

    Hmm, Kilmore, nie wiem gdzie tu by się wpisać, żeby Cię zachęcić do pisania ? :)
    W sumie nie chodzi mi o Ojca Leona, ani o Blog Roku.
    Czytałabym nawet Twoje komentarze do programu telewizyjnego na następny dzień (choć mało oglądam ;)

  5. Inspektor Lesny permalink
    22/03/2012 5:11 pm

    „od tego, że nie jestem katolikiem. Mało tego. Na skutek niesamowitego zbiegu okoliczności nie jestem nawet ochrzczony.”

    Nic w tym dramatycznego. To , podobnie jak ja, tez nie jestem muzulmaninem, czy zydem. Ale nie robie ztego cyrku, w pierwszym rzedzie by tych dwojga wyzej wymienionych nie urazic bez potrzeby, a w drugim, ze to nie temat na cyrk.

  6. 30/03/2012 2:58 pm

    Migdały lepiej jeść niż o nich myśleć… poza tym, chociaż jakieś słowo na Wielki Tydzień?!

  7. MLANG permalink
    04/10/2012 9:28 am

    Kilmore, rozumiem że zdiagnozowano u Ciebie albo Małżonki raka z przeżutami i jeszteś pod opieką Zorki. Skoro nie nadajesz. Druga opcja jest taka że straciłeś pracę , A może uschnęła Ci ręka która chciałeś podnieść na Ojca Leona?

    MLANG

  8. MLANG permalink
    04/10/2012 9:28 am

    Tj uschła Ci ręka , miało być rzecz jasna

  9. 26/10/2012 3:34 pm

    :)

  10. 12/11/2012 10:47 am

    Cóż, zadne przewinienie :) Znam wielu ochrzczonych i podobno wierzących …podobno , bo tego nie widac :) Odbiegam od tematu posta, ale naprawdę większośc niewierzących lub „innowierców” jak to u nas sie mówi, jest duzo lepsza niż te 90proc katolików, do których zcęśc naszego zespołu należy.. Zresztą historia mówi sama za siebie..
    Pozdrawiamy :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: