Skip to content

Koniec i Początek (part one)

24/05/2013

Wstęp:

Blog to taka forma gdzie początek zawsze jest na końcu. Super, niech będzie.   Choć z drugiej strony Czy myśleliście kiedyś o seksie zaczynanym od wytrysku?

Nie?

A tak się składa, że w pewnym wieku to norma.

Rozwinięcie:

Nikt nie lubi oglądać filmów, czy czytać książek od tyłu. Choć bez wątpienia są i tacy którzy w jakimś punkcje czytanej historii  nie potrafi się oprzeć, by  nie zajrzeć na jej koniec.

A przecież koniec  znamy wszyscy . Bo koniec jest  zawsze jest ten sam. Nieodwaraclnie wpisany w początek. Można powiedzieć, że wszystkie historie kończą się w tym samym momencie, w którym się zaczynają.

Powiem tak:

Równe pół wieku temu mój tata stał na krawężniku ulicy Żelaznej w Warszawie i z zadartą w górę głową wypatrywał się w okna  znajdującej się tam do dziś kliniki położniczej. I wtedy przez jedno z nich  wyleciała  gazeta. Na pierwszej stronie tuż nad tytułem pielęgniarka na prośbę mamy napisała:

To chłopiec.

Tata podniósł gazetę ,przeczytał, cisnął nią w górę i z rozłożonym ramionami ruszył w tany na środku ulicy Żelaznej.   Potem poszedł balować  ze swoim starszym bratem. W tamtych czasach, kiedy kobiety rodzące były izolowane od świata zewnętrznego jak chorzy na dżumę, przez następne dwa dni nie było nikogo kto zmył by mu głowę, za to, że się źle prowadzi.

Taki był początek mojej historii. I jednocześnie jej koniec.

Nie znam początku historii mojego taty. Choć oczywiście znam jej koniec.

Na jedno wychodzi.

Tata obudził się o 4.30 rano, było duszno i parnie, takie wyjątkowo nieprzyjemne lato. Wyszedł na balkon, żeby zapalić. Usiadł na stojącym tam taborecie. Z paczki Caro wyjął jednego papierosa. Nigdy nie włożył go ust. Pociemniało mu w oczach i stracił poczucie pionu. Chciał jeszcze wstać, zacisnął dłoń na barierce balkonu. Niepotrzebnie.

Moja mama obudziła się dwie godziny później.

Tak więc historia mojego taty trwała 65 lat. A moja wciąż jeszcze trwa. Chcecie poznać jej koniec? Bez sensu. Przecie już go znacie.

Bez względu na to w co wierzymy i kogo bierzemy za sprawcę tego całego ruchu planet kręcących się w nieskończoność wokół siebie, koniec zawsze jest w wpisany w początek każdej historii.

***

W niecałe pięć lat później, dokładnie 16 maja  1968 roku staliśmy razem z tatą dokładnie w tym samym miejscu ulicy żelaznej. Patrzyłem tam gdzie patrzył tata i nic nie widziałem. Wtedy Tata podniósł mnie i wskazując w jedno z okien i powiedział:

–  Widzisz… tam… to twój braciszek.

Przysięgam, patrzyłem i nie widziałem nic. Nic poza majowym słońcem odbijającym się na czerwono w szybach okien.

To był początek i koniec historii mojego brata.

Co u niego?

Nie wiem, nie rozmawiamy od 20 lat.

***

Nie rozmawiamy, bo brakuje mi pewnej istotnej rzeczy jaką posiada mój brat.

Rzeczą to jest wiara w zmarwychwstanie Jezusa Chrystusa.

Tak, biorę winę na siebie. Ale to chyba oczywiste, że niewiele można by w tej sprawie zrobić.

W końcu chodzi o samego Jezusa Chrystusa.

Po latach dowiedziałam się że mój brat cierpiał na chorobę sierocą. Myślę,  że z tego właśnie powodu tak mocno potrzebował kogoś kto by go pokochał.  W jego przypadku padło na Jezusa Chrystusa.

A w moim na eN.

Czy moja miłość uczyniła ją szczęśliwą? Raczej nie. Na szczęście  z Jezusem Chrystusem jest  dokładnie odwrotnie. Tak przynajmniej twierdzi mój brat.

Nie wiem skąd u mojego brata wzięła się choroba sieroca. Moim zdaniem żyliśmy w perfekcyjnie normalnym dwuosobowym państwie tworzonym przez naszych rodziców.  Mieliśmy wszystko czego nam było trzeba, łącznie z kolorowym telewizorem Rubin, wakacjami na morzem Bałtyckim i budowaniem grajdołków na wietrznej plaży.

Jeśli chodzi o te grajdołki to tata był mistrzem, nikt takich nie kopał, mógłby spokojnie robić za koparkę w kopalni odkrywkowej.

Nie, nie miałem pojęcia o chorobie sierocej mojego brata. Myślałem, że to wszystko co się z nim działo, jest jak najbardziej normalne. Dopiero eN zwróciła mi uwagę na pewne oczywiste fakty.

Inna sprawa, że trudno było by mi policzyć te wszystkie rzeczy na które eN otworzyła mi  oczy. Bez niej do dziś byłbym ślepcem obijającym się o ściany.

Reklamy
2 Komentarze leave one →
  1. 24/05/2013 9:18 pm

    Witam potrzebne są takie eN w naszym życiu, wtedy jest łatwiej na wiele spraw popatrzeć
    j

  2. 27/05/2013 8:57 pm

    Wstęga nieskończoności – wszyscy jesteśmy na niej punktami. Nie ma początku, nie ma końca. Jest tylko przemijanie. Tylko ja za żadne skarby, mimo że znam swój początek, nie wiem jaki będzie koniec.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: