Skip to content

Wstęp do „Ojca Leona”. Part II

24/02/2012

Zanim napiszę o blogu Ojca Leona,  opowiem wam historię której będę głównym bohaterem. No cóż, blogerzy uwielbiają pisać o sobie.

Zacznę od tego, że nie jestem katolikiem. Mało tego. Na skutek niesamowitego zbiegu okoliczności nie jestem nawet ochrzczony.

Wiem, ciężko w to uwierzyć, ale jednak zdarzają się tacy.  W sumie to jest ich nawet całkiem sporo. Jakieś 4,5 miliarda.

Owe 4,5 miliarda podobnie jak ja  nigdy nie dozna łaski wiecznego zbawienia. Stanie się tak tylko dlatego, że mieli nieszczęście urodzić się akurat w miejscu, gdzie  o Jezusie albo nikt nie słyszał, albo był on tak mało popularny, że nikomu nie przyszło do głowy, że znajomość z nim można zamienić na jakąkolwiek wymierną korzyść

Tak więc ludzie ci skazani są na wieczne potępienie  i nie nie ma znaczenia, że przez całe życie będą ciężko i uczciwie pracować, potem  założą rodziny żeby wychować szczęśliwe dzieci, a na starość otoczą opieką umierających rodziców. Piekło przeznaczone jest właśnie dla nich. Bo albo wierzą w fałszywych bogów, albo nigdy nie słyszeli o tym prawdziwym. Trochę mi ich szkoda, ale widocznie tak musi być.

Prawdę powiedziawszy,  to ja jestem w jeszcze gorszej sytuacji. Ja gdybym naprawdę chciał, mógłbym doznać łaski wiecznego zbawienia. To już jest naprawdę poważne wykroczenie.

A tak niewiele brakowało.

Zaczęło się od tego, że nasz kot, który wtedy robił na etacie dziecka, został zdiagnozowany jako nosiciel kociej leukemii. Oznaczało to, że nigdy nie będziemy mogli wywieźć go z kraju, w którym wtedy mieszkaliśmy. Stanowiło to istotny problem dla mojej żony, która bardzo tęskniła za swoimi rodzicami.

Jakiś czas później, podczas rutynowej wizyty u weterynarza, żona usłyszała  o nowym teście na kocią leukemię. Nowe testy były bardziej dokładne. Skuteczność starych wynosiła 95%, a tych nowych 99.5%.  Niewielka różnica, ale zawsze.

Następnego dnia żona kazała zawieść się do świętej groty Matki jakiejś tam. Na miejscu kupiliśmy od zakonnika wielką gromnicę i ustawiliśmy ją w grocie pośród setek jej podobnych pozostawionych przez innych, którzy również mieli swój interes do Boga.

Żona nie chciała ot tak, po prostu,  prosić Wszechmogącego o spełnienie jeszcze jednego życzenia.

Zaproponowała mu więc przejrzysty interes:

– Boże ty sprawiasz, że nowy test nie wykaże leukemii, a ja w zamian ochrzczę mojego męża.

Kilka dni później kot został poddany powtórnemu testowi, który nie wykrył wirusa.

A ja tydzień później udałem się na pierwsze spotkanie kółka parafialnego. Nie ukrywam, było strasznie miło. Jako jedyny kandydat na przyszłego katolika natychmiast stałem się oczkiem w głowie wszystkich parafian. Niestety okazało się, że czasy kiedy brało się delikwenta za łeb, przystawiało mu nóż do gardła i dawało prosty wybór:

– Albo wypełniasz serce miłością do Pana, albo rżniemy- minęły bezpowrotnie.

Ksiądz przygotował dla mnie specjalny grafik, miałem brać udział w spotkaniach z wiernymi, być na iluś tam mszach, udzielać się społecznie i robić masę różnych rzeczy, których z całą pewnością pierwsi chrześcianie nie musieli robić. Tak, noworodki  mają znacznie prościej, chlapie je się wodą  i po krzyku, dorosły musi udowodnić, że faktycznie kocha Boga.

Tak więc mój grafik nie pozostawiał mi czasu praktycznie na nic, poza snem i pracą.  Nie pamiętam w ilu spotkaniach z parafianami uczestniczyłem. Pamiętam, że było naprawdę miło. Zawsze ktoś kolejny z listy przynosił placek z jabłkami, ktoś inny ciasteczka i jeszcze ktoś przygotowywał dwa wielkie termosy kawy. Można powiedzieć, że wszystko było na dobrej drodze bym mógł cieszyć się wiecznym zbawieniem kiedy stało się coś, co pokrzyżowało plany mojej żony. Dostałem ofertę pracy,  na którą czekałem już od bardzo dawna. Praca ta miała odmienić nasze życie i tak też się stało. Niestety,  kolidowała ona z moim grafikiem. Bóg wypełnił swoją część umowy, ja niestety nie.

Siedem lat później naszpikowaliśmy kota środkami uspokajającymi i 11 godzin później moja żona znów mogła widywać się ze swoimi rodzicami kiedy tylko miała na to ochotę.

Minęło kolejne osiem lat.  Z kocem na kolanach siedziałem na kanapie w salonie. W koc zawinięty był kot.  Głaskałem go między uszkami i wyobrażałem sobie, że wtedy boli go mniej. Nie pamiętam czy najpierw umarł, a potem wylazł z niego wielki balast gówna, czy też stało się to odwrotnie. Pamiętam jego wielkie oczy, na  bardzo już wychudzonej mordce. Zamknąłem je, tak jak robi to się w przypadku ludzi.
Miał 16 lat,  kiedy zmarł na białaczkę. Jak na kota to całkiem niezły wiek.

Zakopaliśmy go na tyłach naszego domu, który wtedy był wciąż w trakcie budowy, pomiędzy starymi sosnami, w miejscu na które mogę patrzeć zawsze gdy siedzę na werandzie popijając merlota.

No i co? No i nic…

…ale to dopiero połowa mojej historii.

Wstęp do „Ojca Leona”

22/02/2012

Bardzo wzruszył nas komentarz „pani kasi” pod poprzednią notką. Tak, zdarzają się nam  notki inspirowane komentarzami

Dlatego napiszę teraz coś, co zauważył już Jezus:

Życie jest tak ciężkie, że większość ludzi albo jest albo czuje się przegrana.

Stąd, jeśli chcemy zachować odrobinę godności, najważniejsza dla prawie nas wszystkich jest umiejętność przegrywania z honorem. Według mnie tego własnie nauczał Jezus,  gdy go ukrzyżowano, niezależnie od tego czy sam był synem Bożym, czy nie. Zresztą jeśli nie był, to ani jako pierwszy ani jako ostatni człowiek nauczał tego własnym przykładem, cierpiąc niewysłowione męki.

Tak więc przegrywanie z honorem nie jest proste. Jeśli ktoś tego nie potrafi,  to wszystko co mu się należy to guzik z pętelką.

Guzik z pętelką wygląda tak:

Z wygrywaniem jest zresztą podobnie, też trzeba umieć to robić z honorem. Mówię tu o komentarzu jednej z laureatek, która napisała że tak jak jej konkurencja, to ona pisała w szkole średniej. Z jednej strony słusznie- jeśli czujemy się dobrze po otrzymaniu trzech nagród, to czemu nie mielibyśmy poczuć się jeszcze lepiej wbijając szpilę w tyłek kogoś, kto jest dla nas zupełnie obcym człowiekiem. Przecież i tak dzięki naszemu blogasiowi jesteśmy znani jako osoba wypełniona empatią po czubek nosa. Z drugiej- ugryzienie się czasami w język, nic nie kosztuje.

Wspominam o Jezusie, bo o tym co zrobił i kim był słyszał każdy, więc łatwo się do niego odwoływać.

Niestety tak się składa,  że  Jezus, blogopisanie i konkurs na bloga roku, kojarzy mi się przede wszystkim z Ojcem Leonem.
Wiem, miałem nie pisać o o jego blogu. Tyle, że ja też nie potrafię ugryźć się w język.

Szykuje się więc strasznie długa notka. Ci,  co są ze mną dłużej niż od tegorocznego konkursu, znają mój stosunek do długich notek.

Długich notek nikt nie czyta. Takie czasy, wiecznie się gdzieś spieszymy i wiecznie nie mamy na nic czasu.  Dlatego tak często dzielę  je na kilka części.

I to była część pierwsza.

Notka informacyjna numer 88

17/02/2012

Nie ukrywamy,  że Redakcja jest co nieco rozczarowana wynikami konkursu na bloga roku.

 

Podoba nam się idea konkursu, niestety po raz kolejny jego finał pozostawił nam po sobie spory niesmak.

 

Tak, jesteśmy zawiedzeni.

 

Zdajemy sobie sprawę, że istnienie konkursu z jednej strony przyczynia się do popularyzacji blogopisania.  Z drugiej jednak,  mamy takie wrażenie, że ktoś  kto powiedzmy nie śledził konkursu, a jedynie z ciekawości zerknie sobie na nagrodzone blogi, nie nabierze chęci do tego, żeby samemu zostać blogerem po ich lekturze.

 

Szczególnie nie podoba nam się to, że jury konkursu w tak oględny sposób uzasadnia swoje wybory. Można by podjąć minimum wysiłku, żeby przekonać tych,  co nie do końca zgadzają się z wynikami konkursu, a nie zbywać ich ogólnikami, które można powiedzieć o prawie każdym blogu. W końcu konkursy po to są. Ktoś wygrywa, ktoś przegrywa, a publiczność wie dlaczego. Jeśli lubimy jakiś blog to dla konkretnego powodu, jeśli  on nam się nie podoba, to również nie dzieje się to bez przyczyny.

 

Mamy zamiar wypełnić lukę pozostawioną przez nieroztropne jury.

 

Tym bardziej, że powody dla których niektóre blogi zostały nagrodzone brzmią co najmniej absurdalnie.

 

Na przykład Kasia Tusk dostała nagrodę „za otwartość i partnerskie relacje z czytelnikami, pomimo bycia osobą publiczną”. Oczywiście, że każdy powód jest dobry, żeby nagrodzić Kasię Tusk, ale czy należy przez to rozumieć, że osoby publiczne z natury rzeczy są zamknięte w sobie i wszystkich traktują z buta i jeśli któraś tego nie robi, to jest to sytuacja tak wyjątkowa, że należy ją za to nagrodzić? A jeśli taki sobie zwyczajny bloger ma dobre relacje z czytelnikami? To co? To wtedy już to się nie liczy, bo nie jest osobą publiczną?

 

Tak więc teraz,  kiedy minęły już emocje,  usiądziemy sobie wygodnie  i bez specjalnego pośpiechu, w chwilach kiedy będziemy mieli na to czas, poświęcimy kilka notek blogom które wzięły udział w farsie zwaną konkursem na bloga roku 2011.

 

Taki mamy plan.

 

Nie pierwszy i nie ostatni.

 

Bebeluszek

10/02/2012
Bebeluszek (nie)codzienny
 
 
Z oględzin miejsca blogowania
 
1. Cycki – OK
2. Cipka – na miejscu
3. Bielizna – smaczna, o smaku truskawkowym.
3. Pochodzenie społeczne –  różne, w zależności o godziny dnia i nocy.
4. Tyłeczek – krągły, miły w dotyku i bez widocznych śladów długotrwałego używania.
5. Uwagi własne:
                        Pilot wyglądał na zaskoczonego niewykluczone,  że był pod wpływem alkoholu,
                        ze starannie podciętym wąsem.
 
 
 
Kilmore Fisz
(Starszy recenzent w stopniu młodszego gajowego)
 
_______________________________________________
 
 
Tej oto treści raport znalazł się na naszym redakcyjnym biurku wczoraj w godzinach popołudniowych.
 
Redakcja nie ukrywa,  że raport przygotowany przez naszego nieocenionego redaktora dyżurnego (wiecznie w ruchu, bez chwili spoczynku) Kilmore Fisza wzbudził w redakcji spore nadzieje.
 
Nareszcie napiszemy fajną, piątkowa notkę!!!
 
Nie czarujmy się.  Znudziło nam się co nieco zbieranie tych wszystkich faków, wysyłanych na adres redakcji  przez kilka ostatnich weekendów.
 
Dlatego:
 
Po pierwsze, odsunęliśmy redaktora Fisza od pisania piątkowej notki,  jak chłopak przez kilka dni zajmie się obsługa coffemakera, to mu  trochę głowa ostygnie.
 
Po drugie zleciliśmy to zadanie sobie. Wiadomo, jak chcesz  żeby coś kurwa było zrobione dobrze, to musisz to kurwa zrobić to sam.
 
***
 
Napiszemy tak:
 
Bebeluszek ma potencjał. Uśmialiśmy się kilka razy w czasie lektury.
Równie bardzo podobały nam się rysunki. Tak, rysunki są świetne. Sami lubimy ozdabiać nimi naszego blogasia, więc wiemy co mówimy. Na czym jak na czym, ale na rysowaniu się znamy.
 
Tak więc  rysunki Bebe są równie dobre jak nasze, choć nasze są nieco lepsze. Tego co brakuje Bebe, to umiejętność oddania wrażenia ruchu. My to mamy opanowane to perfekcji:
 

 
Bebeluszek startował w kategorii blog literacki. Nominacji nie dostał. Wciąż liczy na wybór bloga blogerów, ale zważywszy na skład jury jego szanse nie wyglądają najlepiej.
 
Tak swoją drogą to bardzo jesteśmy ciekawi jak facet od dwóch fajek dogada się Mamą Laury. Z całą pewnością poświęcimy notkę na skomentowanie ich wyboru.
 
Zastanawialiśmy się co spowodowało, że Bebeluszek nie dostał nominacji w swojej kategorii. W czasie burzy mózgów naprędce zorganizowanej w redakcji doszliśmy do wniosku,  że chodzi o chaos.
Blog Bebeluszka jest chaotyczny, wprawdzie w pozytywnym tego słowa znaczeniu, ale niektóre myśli zawarte na blogu, choć są super, to giną czasami gdzieś w powodzi tekstu i zdjęć. Wszystko to  jest jakoś za bardzo wymieszane. Poza tym, jest tam kilka notek  które od razu byśmy chlasnęli o połowę.  Jest też kilka, których równie dobrze mogłoby nie być.
 
Druga rzecz to odporność czytającego. To nie to samo kiedy czyta się jedną notkę dziennie, jak normalny konsument blogów. Wtedy jest super, ale jeśli aplikujemy sobie Bebeluszka w większej ilości, to może on nieco zmęczyć.
 
Nie pisaliśmy jeszcze w tym roku o żadnym innym blogu wyglądającym tak dobrze pod względem graficznym, jak Bebeluszek.  Musimy to podkreślić jeszcze raz, jest naprawdę dobrze.  Bebe powinna zająć się rysowaniem ilustracji,  na przykład do książek dla dzieci.  Mówimy to z czystym sercem. Poważnie.  Gdyśmy byli Bebe, to publikowalibyśmy więcej rysunków. Bardzo szkoda, że jest ich tak mało.
 
Bebeluszek jest blogiem w pełnym tego słowa znaczeniu, są fotki, tuby, był konkurs. Widać, że tam toczy się życie, co również może być powodem braku nominacji w kategorii „blog literacki. Tekst nie zawsze jest tu najważniejszy, a być może właśnie tym kierował się juror od literatury w swoich wyborach.
 
Inna sprawa, że nie wiemy dlaczego Bebe wybrała właśnie tą kategorię. Może dlatego, że kiedyś na innym konkursie jej bebeluszek został uznany za blog literacki. My byśmy zakwalifikowali go zupełnie do zupełnie innej grupy.
 
Mniejsza z tym. Bebeluszek już odniósł sukces. I serdecznie mu tego sukcesu gratulujemy.
 
 
 
 
 
Redaktor Naczelny
(z tych naczelnych)
 
 
Jan Bury.
 

And the show goes on.

09/02/2012
Dzisiejszy dzień redakcja starała się poświęcić na czytanie blogów, które zakwalifikowały się do finałowej dziesiątki pretendującej o tytuł bloga blogerów. Nie szło nam najlepiej najlepiej. Tu nam strzyka, tam nam strzyka i czujemy się jakoś tak bardziej chujowo.
 
Poczytaliśmy trochę Ojca Leona, trochę Bebeluszka, zajrzeliśmy do Kodu Władzy i na koniec sprawdziliśmy co u Tobiaszka.
 
Ojca Leona pominiemy milczenie. Jego blog wprawdzie obraża nasze uczucia religijne, co jak wiadomo zgodnie z art. 196 Kodeksu karnego jest karalne karą pozbawienia wolności, ale że szkodliwość społeczna czynu jest niewielka, bo trudno sobie wyobrazić redakcję szczuplejszą niż nasza, to do sądu Ojca nie pozwiemy. Niemniej w ramach protestu też nie będziemy o nim pisać.
 
O Bebeluszku napiszemy więcej w osobnej notce.
 
Z Kodu Władzy przeczytaliśmy tylko kilka notek. Niestety szczęście nam nie dopisało i zamiast obiecanych teorii spiskowych, trafiliśmy na nocie, które mogłyby z powodzeniem służyć jako komentarze polityczne w TVN 24. Nic to. Będziemy próbować dalej.
 
Natomiast u Tobiaszeka bez zmian. Nadal umiera. Znów trafił do szpitala i będzie brał chemię. Tata modli się do Boga o jego zdrowie, co niestety po raz drugi w krótkim odstępie czasu obraziło nasze uczucia religijne. No cóż, widocznie tak już musi być.
 
Tak czy inaczej, redakcja życzy wszystkiego najlepszego Tacie, Mamusi i Siostrze Tobiaszka.
Tobiaszkowi nic nie życzymy, bo jak wiadomo śmierć nie dotyka nigdy głównych zainteresowanych. Oni umierają i mają z bańki. Natomiast ci co zastają, muszą jakoś z tą stratą najbliższej osoby, żyć dalej. Wiemy, że jest to bardzo trudne.
 
Życie mimo, że piękne, może być pełne bólu.
 
Dobrą wiadomością jest to, że ci co cierpią, też kiedyś umrą i wtedy oni automatycznie będą mieć z bańki.
 
Mogę tak napisać, bo ja też kiedyś będę miał z bańki.
Tak się składa, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku.
 

Życie jest piękne!!!

08/02/2012
Po dniu przerwy redakcja spięła się  w sobie i przeczytała blog „Życie jest piękne”.
 

„Życie to krótka chwila iluminacji w nieskończonej wstędze nicości”

 
To cytat z Mistrza. Często go tu przypominamy, bo to jeden z naszych ulubionych cytatów.
 
Uważamy,  że piękno życia zawiera się w tej prostej definicji.  Iluminacja jest piękna z natury rzeczy.  Dlatego redakcja była  niezmiernie ciekawa,  jak to jest z tym pięknym życiem  u innych  i co to właściwie znaczy.
 
Nie to, że po lekturze bloga jesteśmy jacyś mądrzejsi, niemniej kilka rzeczy nam się wyjaśniło.
 
Tak więc okazało się, że życie nie tyle jest, co może być piękne. Autor dzieli się z nami szeregiem rad które mogą tego dokonać. Rady popiera przykładami zaczerpniętymi z własnego doświadczenia. Dzięki temu mamy pewność, że są one skuteczne.
 
Nikt w redakcji nie próbował zastosować ich do siebie. Jak już wspominaliśmy według redakcji, wystarczy być. Ale musimy przyznać, że rady brzmią bardzo przekonywująco.
 
Skoro mowa o autorze bloga to jest nim jest Michał Maj. Michał jest pełnym energii młodym człowiekiem. Ponieważ jesteśmy już starzy, stetryczali
i poruszamy się raczej powoli wydzielając duże ilości gazu musztardowego, już przy lekturze trzeciej notki dostaliśmy małej zadyszki, a po piątej musieliśmy musieliśmy zrobić sobie przerwę, żeby nie paść na wylew. To dobrze -lubimy autorów pełnych życiowej energii.
 
Michał mieszka w Krakowie. Według nas, jest to już sam w sobie powód do ciężkiej depresji. W przypadku Michała to sprawa drugorzędna. Jesteśmy pewni, że gdyby Michałowi  przyszło mieszkać w środku Palestyny w namiocie z ogromnym banerem „Kocham Żydów”, to nadal by twierdził, że życie jest piękne.
 
Michał pisze, że dzięki blogowi spotkał wielu interesujących ludzi.
Nie ukrywamy, że trochę tego  mu zazdrościmy. Też piszemy bloga, tyle że jak już kogoś spotkamy, to na razu dzień dobry dostajemy kilka chujów w twarz  i generalnie rzecz biorąc jest po spotkaniu.
 
Druga rzecz jakiej Michałowi zazdrościmy to czytanie własnych notek.
W naszym przypadku stopień zażenowania jest tak wysoki, że nie możemy tego robić.
 
Blog Michała dostał nominacje   w kategorii „Ja i moje życie”. Nie mamy zielonego pojęcia czy uda mu się zdobyć główną nagrodę. Gdybyśmy byli jurorem, to od nas by jej Michał nie dostał.
 
Dlaczego?
 
Lubimy blogi, które zbliżają nas do autora.
Michała z jego tysiącem rad odebraliśmy jak ufoludka innej planety, nie było między nami chemii. Czuliśmy się tak, jakbyśmy czytali instrukcje do elektrycznego czajnika, a nie bloga traktującego o czyimś życiu. Niby Michał pisze dużo o sobie, ale dla redakcji  jako czytelnika pozostał kimś obcym i dalekim.
 
W swojej głupocie daliśmy się zaprosić kiedyś na coś, co miało być prelekcją na temat bezpiecznych produktów dla niemowląt. W praktyce okazało się prezentacją,  na którym dwóch panów usiłowało sprzedać takie rzeczy jak kołyski z których nie można wypaść, foteliki samochodowe będące w stanie przetrwać wybuch bomby atomowej i inne tego typu wyposażenie. Prowadzący przez trzy, czy cztery  godziny opowiadali o swoich własnych dzieciach i wszystkich kłopotach, których uniknęli dzięki posiadaniu  tych przedmiotów. Pamiętamy że wyszliśmy z tamtego spotkania ze świętym przekonaniem, że oni wcale nie mieli dzieci.
 
Piszę o tym, bo Michał i jego blog jakoś strasznie kojarzy mi się z tamtymi facetami. Ten sam tryb narracji i ta sama logika. Czytając Michała nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że wciąż usiłuje mam coś sprzedać.
 
Redakcja nie  twierdzi, że z tego powodu „Życie jest piękne” to zły blog, w końcu ma on wielu wiernych  czytelników, mówimy tylko, że nam Michał nic nie sprzedał.

Notka jak notka.

06/02/2012
Zorka spuściła naszą ostatnią notkę do kibla, mimo że napisaliśmy o jej blogu kilka ciepłych zdań. No cóż,  nauczka dla nas. Widocznie wolontariuszki są zdolne do empatii,  tyle że nie wobec wszystkich. Niewielka różnica zdań i możemy zapomnieć o spacerach po hospicyjnym parku. Miłosierdzie tak, ale tylko dla tych, co myślą jak my.
 
Ciepłe słowa, to troszkę za mało, na kolana, oczy w słup i wyraz niemego olśnienia… tak się powinno robić.
 
Niedobra redakcja, niedobra redakcja, jak ona śmiała mieć inne zdanie niż Zorka. Umrze teraz sama i nikt nie potrzyma jej za rękę. Dobrze jej tak!
 
***
 
Jeśli chodzi o Chustkę, (poświęciłem jej tu notkę  przy okazji poprzedniego konkursu), to bym się nie martwił czy przeczyta tamto zdanie czy nie.
I to nie martwiłbym się z dwóch powodów:
 
Po pierwsze,  Chustka ma własny rozum i umie odróżnić prawdziwą przyjaźń od pustych gestów.
Po drugie,  przeczyta to zdanie nie tak jak ktoś kto poczuł się oceniony, ale jak ktoś (tak mi się przynajmniej wydaje) kto patrzy na to z drugiej strony.
 
Jak ktoś, kto być może, zadaje sobie to samo pytanie co ja.
 
– Po co to wszystko, jeśli jutra nie ma?
 
Pisząc poprzednią notkę myślałem, że odpowiedź znajduje się na blogu Zorki. Oczywiście, że się myliłem. Zapomniałem kim jestem naprawdę.
Napisałem, że uwierzyłem Zorce,  teraz wiem, że dałem się zwieść. Sprzeniewierzyłem siebie dla pustych słów.
 
Świat Zorkowni nie istnieje, każdy kto był w hospicjum wie jak tam jest, ale przecież ktoś o sercu czystym i prawym mógłby go widzieć właśnie tak, jak opisuje go Zorka. Dlaczego właśnie tak nie mogłoby być?
 
Bo tak nie jest.
 
Bo ludzie kłamią, oszukują, bo chcą czuć się lepsi niż inni. Jesteśmy tacy dobrzy, tacy wrażliwi,  tyle w nas współczucia, zaniesiemy pluszowego misia tam,  gdzie wyrodna matka zakopała małą Madzię.
 
Współczuję wyrodnej Matce. Za to,  że zagrzebała w gruzie własne dziecko i  za to że kłamała i jeszcze za to, że była taka głupia, żeby to wszystko zrobić.
 
Nie współczuje Magdusi.
 
Nie współczuję dlatego, że kiedyś też miałem sześć miesięcy i wiecie co?
Nie było mnie wtedy. Nawet gdyby moja kochająca mamusia zakopała mnie żywcem w gnoju za chlewikiem, to nic bym na ten temat nie wiedział.
Ani wtedy, ani teraz.
 
***
 
Smutno mi, ale to nic nowego.